Historia Vita Memoriae Strona Główna Historia Vita Memoriae
Forum dyskusyjne miłośników historii i fortyfikacji - Grupa Inicjatywna "Cztery Historie"

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat

Poprzedni temat «» Następny temat
Baonu "Zośka" żołnierzy wspomnienia
Autor Wiadomość
TomB 
dywersant


Dołączył: 19 Lis 2004
Posty: 35
Skąd: Kraków
Wysłany: Sro 05 Sty, 2005 20:16   Baonu "Zośka" żołnierzy wspomnienia

JUR - kompania "Rudy", pluton "Sad"

PRZED BURZĄ

Już na dwa dni przed wybuchem Powstania drużyna "Sad" 200 była zgrupowana w swym lokalu alarmowym, w mieszkaniu Huberta przy ulicy Leszno róg Orlej. Duże, kilkupokojowe mieszkanie z dwoma wyjściami, mili, uczynni gospodarze.

Pierwszego sierpnia rano na odprawie plutonu ("Sad") u Dana na Kredytowej Andrzej Morro, d-ca komp. "Rudy", podał nam ostateczny termin wybuchu Powstania oraz czas i miejsce koncentracji. Mieliśmy zgrupować się w fabryce Telefunkena przy ulicy Mireckiego. Powtórna, ostateczna już odprawa dla potwierdzenia tych danych miała się odbyć o godzinie 14.00.

Całe przedpołudnie spędziliśmy z Jerzykiem na rowerach przewożąc broń, amunicję i granaty. W lokalach alarmowych panował szampański nastrój. Chłopcy prześcigali się w opowiadaniu kawałów. Ci, którzy już byli uzbrojeni, doczyszczali z zapałem swoją broń, pozostali czekali niecierpliwie.

Wojtek Cis miał ze swoją drużyną przetransportować na miejsce koncentracji większą część broni kompanii "Rudy" z dalekiego magazynu na kolonii lotniczej przy ul. Obserwatorów. Tam złożyliśmy prawie całą przewiezioną przez Wisłę broń z bazy. Cis zdawał sobie doskonale sprawę z ogromu odpowiedzialności i z licznych trudności związanych z wykonywaniem takiego zadania. Chociaż w lokalu panował niefrasobliwy, nierozłączny ze znaną sekcją "okuraków" nastrój (sekcję tak nazywano na cześć jej członka Okury, będącego duszą tego zespołu). Cis byt trochę zasępiony. Najbardziej chyba bał się o nie używane jeszcze i trochę tajemnicze piaty, po których spodziewaliśmy się bardzo wiele.

Popołudniowa odprawa potwierdziła godzinę i miejsce koncentracji. Powstanie miało wybuchnąć o 17.00. Pognaliśmy z Jerzykiem po ostatnią porcję granatów i amunicji, aby zawieźć ją do Huberta. Przed bramą domu stał kilkudziesięcioosobowy, żywo rozprawiający tłum. Dowiedziałem się, że w tym domu są jakieś magazyny niemieckie, które podobno tej nocy okradziono i że pewnie zaraz przyjedzie policja.

Nie można się było wycofać. Na górze siedzieli chłopcy, którzy jeszcze o niczym nie wiedzieli. Zabrałem od Jerzyka jego ciężką chrzęszczącą żelazem teczkę, wsadziłem rower na plecy i poszedłem na IV piętro. W chwilę potem zajechały przed dom dwie "kołyski" z erkaemami. Jedna stanęła przed bramą, druga od ulicy Orlej. Wysypało się z nich kilkudziesięciu żandarmów, którzy w kilku grupach rozbiegli się szybko po klatkach schodowych. Robili szczegółową rewizję. To już naprawdę pech...

Patrzyliśmy przez okna, jak Niemcy obchodzą kolejno wszystkie mieszkania. Byliśmy na IV piętrze. Okna wychodziły na Orlą i na duże podwórko. Trzeba było natychmiast obmyśleć jakiś plan działania. Stanąłem z Wackiem Pobogiem przy drzwiach frontowych. Mieliśmy dwa peemy i granaty. Matros z jeszcze jednym chłopcem obstawili drzwi kuchenne, a Hubert z kilkoma granatami ulokował się przy oknie od ulicy. W razie awantury miał obrzucić nimi "kołyskę" z wycelowanym w dom erkaemem. Ustaliłem, że nie reagujemy na żadne dobijania się, a tylko w razie wyłamania drzwi strzelamy we wchodzących, granaty na schody i przebijamy się. Szanse byty nikłe, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Kilkunastu młodych. uzbrojonych, zgromadzonych w jednym mieszkaniu ludzi nie mogło się tłumaczyć, że przyszli na pogawędkę czy czarną kawę.

Słyszeliśmy, jak Niemcy wchodzili na naszą klatkę schodową. Obeszli cale pierwsze, drugie i trzecie piętro, weszli na czwarte. W kilkupokojowym mieszkaniu panowała śmiertelna cisza. Pobóg ściskający w rękach stena drżał z podniecenia. Na schodach słychać było ciężkie kroki i gardłowe niemieckie głosy. Czyżby to miał być koniec naszej okupacyjnej działalności? Żandarmi załomotali do sąsiedniego mieszkania na tym samym piętrze. Siedzieli tam dosyć długo. Po wyjściu naradzali się chwilę pod naszymi drzwiami i poczłapali na górę. Łazili nad naszymi głowami przez nieskończenie wlokące się minuty i wreszcie poszli na dół. Ominęli nas...!!!

Kto miał szczęście... oni czy my... My, na pewno także...

Po pewnym czasie "kołyski" odjechały.

Dobrze, że Pobóg wytrzymał tak kolosalne napięcie i nie popruł do stojących za drzwiami Niemców. Dobrze, że Hubert opanował się i nie obrzucił samochodu granatami, na co miał wielką ochotę. Dobrze, że zdyscyplinowana drużyna potrafiła tak cicho się zachowywać i dobrze, że... Niemcy nie weszli.

Było już późno. Po kilku minutach czekania, licząc się z tym, że "kołyski" mogą wrócić, zaczęliśmy co dwie minuty, po dwóch, opuszczać lokal. Wyszedłem pierwszy i pokazałem się obserwującym przez okna od strony ulicy Orlej na znak, że droga wolna. Przed coraz bardziej zdumionym dozorcą domu przedefilowało w regularnych odstępach czasu dziewięć dwójek młodych, bardzo podejrzanie wyglądających ludzi. Matros, jako zastępca dowódcy drużyny, wychodził ostatni. Ogłupiały "cieć" spytał go z lękiem: "panie, dużo was jeszcze?" Matros uśmiechnął się rozbrajająco i odpad z ukłonem: "na razie wszyscy, do widzenia panu".

Było nam wesoło na duszy. Rozpoczynaliśmy Powstanie. Szliśmy wolno przez prawie opustoszałe ulice. Zgodnie z rozkazem poszczególne dwójki szły na przemian po obydwu stronach ulicy ubezpieczając się wzajemnie. Obejrzałem się do tyłu. W perspektywie pustej ulicy co kilkadziesiąt metrów przemykali się pod murami po obydwu stronach dwaj młodzi ludzie. Słychać było odległą strzelaninę. Gdzieś już zaczęli.

W miejscu koncentracji byliśmy o wyznaczonej porze.

1957




BORUTA - Kompania "Rudy", pluton "Alek"
KONCENTRACJA

1 s i e r p n i a

16.00 - Początek koncentracji oddziałów.
16.10 - Nie sprowokowane przez nas zaczęły się walki na obiekcie "fabryka". Załoga odparła npla, zabijając kilku Niemców.
17.00 - Nakazany termin wystąpienia - koncentracja zgrupowania z powodu przedwczesnych wybuchów walk nie została ukończona.

(Dziennik bojowy zgrupowania "Radosław")


Nareszcie... ostatnie spojrzenie na Warszawę - i wchodzimy w głuche uliczki Woli. Od strony cmentarza biegnie Andrzej Morro z Kołczanem. Kołczan trzyma w ręku parabelkę i wzywa wszystkich do pośpiechu. Wchodzimy szybkim krokiem do fabryki "Telefunken", unieszkodliwiamy centralę telefoniczną i rozchodzimy się po salach. Chłopcy zakładają w pośpiechu części oporządzenia wojskowego. Wszyscy są podnieceni i zaniepokojeni. Nie wiadomo, czy koncentracja się uda.

Jeśli tak - to połowa zadania będzie wykonana. Kołczan rozkazuje mi wejść do bramy i zastąpić stojącego tam Wiktora. Przy bramie kilku ludzi z bronią z naszego batalionu. Przychodzi coraz więcej chłopców uginających się pod wielkimi pakami, z których wystają dobrze znane części składowe stenów.

- Do "Brody"! Do "Brody"! - mówią pierwsi, nie pytani o hasło.

Na podwórzu bieganina i ruch. Zbierają się oddziały. Rozdawana jest broń i ekwipunek. Są już plutony "Sad" i "Felek" z naszej kompanii. "Felek" robi wspaniałe wrażenie. Wszyscy są ubrani w polskie mundury. "Sad" jest trochę zaniepokojony, bo Jacek wiozący cały zapas broni długiej jeszcze nic przyszedł. Czy nie wpadli W nim przecież ich cała nadzieja! Nasz pluton jest już cały. Maryśka zaczyna się kłócić z "Sadownikami".

Ulica Mireckiego nie była nigdy ruchliwą ulicą, ale teraz ruch jest jak na Marszałkowskiej. Czasami ktoś obcy. Wtedy prosimy go by wszedł do bramy.

Zbliża się jakaś pani.

- Może pani pozwoli - zapraszamy.

Zdziwiona wchodzi na podwórze powoli, wystraszona. Na widok naszych mundurów i broni wydaje cichy okrzyk radosnego zdumienia.

- O Boże!... Więc już!

Podchodzi do niej uśmiechnięty Maryśka.

- Niech pani pozwoli do środeczka. Poczeka pani parę godzin, i po wszystkim. Odwieziemy panią zdobytym autem do domu. Zachęca wystraszoną paniusię do zajęcia miejsca w specjalnie przeznaczonym dla "gości" apartamencie. Od strony cmentarza nadjeżdża auto. Harcerze wychodzą z bramy i zatrzymują je. Szofer uśmiecha się i zjeżdża na wskazane miejsce. W bramie stoi porucznik Giewont i kilku harcerzy. Od strony ulicy Młynarskiej słychać warkot silnika. Zza zakrętu wyjeżdża wolno ciągnik wojskowy. Chłopcy próbują go zatrzymać, ale szofer dodaje gazu. Jedzie wprost na nas. Wybiegamy przed bramę ostrzeliwując go z pistoletów maszynowych i zwykłych. Ciągnik zjeżdża na bok pod mur, jak gdyby chciał nas ominąć, i staje. Ktoś krzyknął:

- Uwaga, granat!

Silny huk wstrząsnął okolicą. Schowaliśmy się do bramy, nie przestając strzelać. Zaraz po wybuchu dopadamy do ciągnika, ale Niemców już nie ma. Zostawili ciągnik i zbiegli do getta. Ładna historii: godzina 16, a my już zaczęliśmy! Niemcy na pewno zaraz przyślą nam tutaj pogotowie policyjne...

Z bramy wychodzi, jak zwykle uśmiechnięty, kapitan Jan i porucznik Jerzy. Na piersi kapitana krzyż Virtuti Militari. Obaj oficerowie mają krzyże harcerskie. Są starszymi, zasłużonymi harcerzami. Kapitan Jan poprawia beret na głowie i siada za kierownicą pozostawionego przez Niemców ciągnika. Zapuszcza motor i rusza powoli w kierunku Okopowej.

Tymczasem Andrzej Morro wiedząc, że Niemcy za chwilę przyślą tutaj odsiecz, wysyła pluton "Alek" na róg Mireckiego i Okopowej. Kołczan prowadzi pluton rozwinięty po obu stronach ulicy. Zbliżają się do skrzyżowania ulic i zajmują stanowiska. Maryśka, ukryty, leży nad celownikiem swego erkaemu.

Na ulicy zupełny spokój. Ludzie chodzą swobodnie, nic przeczuwając, co za chwilę nastąpi. Ciszę przerywa nagle glos trąbki pogotowia policyjnego, tak zwanego "Bereitschaft des Überfallkomandos". Jadą! Kołczan daje znak ostrzegawczy. Głos trąbki staje się coraz donośniejszy. Już ich widać! Dobrze znane, zielone, odkryte auto z erkaemem gotowym do strzału. W aucie kilkunastu Niemców. Jadą zupełnie spokojnie, nie przeczuwając, co ich czeka. Myślą zapewne, że jak zwykle będą mścić się na bezbronnych ludziach. Zobaczymy, jak zachowają się wobec uzbrojonego przeciwnika. Kołczan podnosi rękę do góry i podaje cicho komendę:

- O g n i a !

Kilka peemów i dwa erkaemy zaczynają grać swoją melodię. Auto gwałtownie staje z charakterystycznym zgrzytem hamulców. Niemcy zeskakują w pośpiechu, szukając schronienia w pobliskich domach. Nasi chłopcy strzelają z jednakowym zapałem i celnością. Na jezdni zostaje kilka trupów w zielonych mundurach. Niemcy próbują się wycofać, ostrzeliwując się z karabinów. Chłopcy posuwają się za nimi. Łączniczka Hanka podbiega do leżącego na ulicy Niemca i zabiera mu karabin. Sięga po niego od razu kilka par rąk. Zdobycz dostaje Janka, który dotąd był w "pospolitym ruszeniu" - bez broni.

Kołczan daje rozkaz budowania barykady. Część plutonu gromadzi materiał do budowy, reszta prowadzi ogień za uciekającymi Niemcami. Na rogu pada nagle sanitariuszka Dorota. Jest bardzo ciężko ranna w brzuch. Odnoszą ją do punktu. Do barykady dopada Hanka i wali się na ziemię z jękiem. Postrzał w brzuch. Ktoś podbiega, żeby udzielić jej pomocy.

Pierwsze straty - w pierwszych minutach walk. Strzelanina powoli ustaje.

Od strony Powązek, na Okopowej, ukazuje się wojskowe auto.

Z odległości dwustu metrów Maryśka puszcza im kilka serii ze swego erkaemu. Auto staje. Niemcy próbują ratować się ucieczką, ale dosięgają ich kule naszych karabinów. Jeden szkop wali się martwy obok swego auta, drugi, ranny, ucieka do getta. Po chwili panuje już cisza. Pluton po wykonaniu zadania dołącza do kompanii. Wszystkie oddziały stoją gotowe do wymarszu. Czekamy tylko na rozkaz.

- Maszerować! Prowadzi kapitan Jan. Suniemy długim szeregiem w kierunku miasta - przez kirkut. Od strony Dzielnej i Żelaznej dobiegają odgłosy wystrzałów. To nasi zaczęli już w Śródmieściu! Długi wąż postaci sunie wzdłuż muru kirkutu.

Nareszcie nadeszła upragniona chwila!

Nareszcie!...

1945




JELEŃ - Kompania "Maciek", pluton III
W DZIEŃ WYBUCHU POWSTANIA

1 s i e r p n i a

18.00 - Opanowanie szkoły przy ulicy. Okopowej 55 A przez Brodę.... Do godziny 18-ej na Okopowej opanowano kilka samochodów, biorąc kilkunastu jeńców.

(Dziennik bojowy zgrupowania "Radosław")


Ulica była pusta i przez chwilę rozglądaliśmy się niepewnie, szukając wejścia do wskazanej nam bazy. Nagle z wnęki fabrycznego muru wyłoniła się dziwaczna postać, wyglądająca na żebraka, i zakomenderowała:

- Druga brama na lewo, pośpieszcie się!

Do obecnej chwili nie wiem, kim był ten niezwykły żebrak i czy spełniał on jakąś wyznaczoną funkcję, czy też działał "z wolnej stopy".

W bramie wymieniliśmy hasła i bez dalszych trudności dostaliśmy się do środka. Widok, jaki zobaczyliśmy, był niezwykły: kilkuset mężczyzn, rozlokowanych na podwórku i w halach fabrycznych, zajętych było czyszczeniem i porządkowaniem broni, zakładaniem opasek biało-czerwonych, przymierzaniem hełmów poniemieckich i tym podobnymi czynnościami. Wszystko to wyglądało tak dziwnie i nierealnie po dopiero co opuszczonej ulicy pełnej uzbrojonych Niemców, że przez chwilę staliśmy jak zaczarowani.

Wkrótce odszukaliśmy naszą kompanię - stacjonowała w pierwszej hali fabrycznej, i zameldowaliśmy dowódcy plutonu Skalskiemu nasze przybycie. Skalski był mocno zdenerwowany brakiem Strzegonia z całą drużyną Czarnego i Tura (drużynowego) z całą pierwszą sekcją naszej drużyny. Moja sekcja również była mocno zdekompletowana. Pozostałe drużyny naszego plutonu, o ile pamiętam, były niemal w komplecie. Pierwszą naszą czynnością było przekazanie przyniesionej broni i amunicji (zostawiliśmy sobie po bergmanie i po kilka granatów) oraz nałożenie opasek biało-czerwonych. Od tej chwili byliśmy już "jawnymi" żołnierzami.

Świstaka i mnie wyznaczono do osłony podwórza fabryki, od strony bramy wjazdowej. Na tym stanowisku nadarzyła mi się pierwsza okazja do użycia broni. W pewnym momencie przed bramę zajechał niemiecki wojskowy samochód i zaczął trąbić, żądając wpuszczenia na teren fabryki. Wartownicy nasi (otrzymawszy prawdopodobnie takie polecenie) otworzyli bramę i... wóz zaczął wjeżdżać. W chwili kiedy przód jego był już poza bramą, Niemcy zorientowali się, że coś jest nie w porządku, i usiłowali rzucić się do ucieczki. pozostawiając samochód. Wówczas dowódca warty wydał rozkaz:

- Jeden z peemem do mnie!

Ponieważ stałem najbliżej, podbiegłem do samochodu i oddałem serię z bergmana w... siedzenie Niemca. Który, nie mogąc w zdenerwowaniu otworzyć drzwiczek, przeciskał się na zewnątrz przez okienko wozu. Po chwili samochód wciągnięto i po zajściu nie pozostało śladu.

Po około trzydziestu minutach od naszego nadejścia przybył na bazę drużynowy Tur, który, jak się okazało, usiłował ściągnąć z punktu pierwszą sekcję naszej drużyny. Sekcja ta - zawiadomiona przez Tura kartką - dotarła do miejsca postoju baonu dopiero drugiego dnia Powstania.

Około godziny 16.30 kapitan Jan zarządził zbiórkę pierwszej kompanii.

Ustawiliśmy się w długi szereg - po raz pierwszy wszyscy razem. Stan kompanii był mocno zmniejszony - o ile pamiętam wynosił około sześćdziesięciu, siedemdziesięciu osób. Na polecenie kapitana Jana na czoło kompanii wysunęli się posiadający broń maszynową, a więc kaemy i peemy, następnie kabe, a na końcu stanęli posiadacze broni krótkiej. Uzbrojenie kompanii było następujące: jeden cekaem, jeden elkaem, jeden erkaem, kilkanaście peemów, jeden kabe i reszta - pistolety. Ponadto każdy miał po kilka granatów. Zapas amunicji był wystarczający.

Stojąc przed szeregiem, kapitan Jan oznajmił, że za chwilę - jako pierwszy większy oddział na Woli - zaczniemy akcję przeciw Niemcom (dwadzieścia minut wcześniej kilkunastoosobowy oddział naszego zgrupowania zrobił krótki wypad w teren). Początkowo żołnierze nie posiadający peemów lub kabe mieli być z tej akcji wyłączeni, jednak ze względu na niski stan liczbowy kompanii część z nich została w ostatniej chwili dołączona do naszego oddziału. W sumie wyruszyło nas prawdopodobnie nieco poniżej pięćdziesięciu. Na czele kompanii szedł kapitan Jan. Trasa wymarszu biegła przez boisko "Skry" (po drugiej stronie ulicy Mireckiego) ukosem do bramy wyjściowej na Okopową.

Na boisku przeżyliśmy pierwszy nalot lotniczy, na szczęście nie zakończony bombardowaniem. Kilka samolotów niemieckich przypikowało na nas i dokonało obserwacji z niewielkiej wysokości. Po chwili samoloty odleciały, a kompania - na rozkaz kapitana Jana - poderwała się do dalszego marszu.

Po osiągnięciu Okopowej czołówka kompanii dokonała wypadu na ulicę, niszcząc przejeżdżający samochód (i prawdopodobnie motocykl) oraz zdobywając broń (dwa lub trzy kabe). Następnie czołówka (w której wówczas znajdowałem się ja i, o ile pamiętam, Świstak) przebiegła ulicę Okopową i, ostrzeliwana pojedynczym ogniem z głębi getta, schroniła się za stalową bramą, przy której stał niemiecki bunkier. Nie przypominam sobie, czy bunkier ten strzelał do nas. W każdym razie byliśmy przekonani, że jest on obsadzony. Kilku z nas zgłosiło natychmiast chęć spenetrowania go. Jednak kapitan Jan odmówił i sam, trzymając w jednym ręku granat, a w drugim peem, wpadł do otworu wejściowego bunkra. Po krótkiej chwili wyszedł obładowany niemiecką bronią. Powrót kapitana przyjęliśmy okrzykami radości.

W dalszym ciągu jednak pozostawaliśmy pod ostrzałem z głębi getta. Po krótkiej obserwacji (w trakcie niej o mało nie zostałem ranny, gdy wyszedłem na moment poza bramę) ustaliliśmy, iż strzela do nas Niemiec ukryty w szoferce samochodu stojącego między resztkami zburzonych domów. Na rozkaz kapitana podchorąży Florek, który był znany wśród kolegów jako wyborowy strzelec, wyzwał Niemca do dramatycznego pojedynku. Wyszedł poza bramę i wycelował do niego ze swojego kabe. Niemiec w tym samym momencie złożył się do Florka. Przez kilkanaście sekund obaj żołnierze mierzyli do siebie. Każdy z obserwujących te zapasy nerwów zamarł z wrażenia. Wreszcie rozległ się strzał - to strzelił Florek. Widzieliśmy wyraźnie, jak hełm Niemca bezwładnie osunął się wewnątrz szoferki. I znów okrzykami wyraziliśmy swój podziw dla zimnej krwi i celności kolegi.

Po incydencie na skraju getta przeszliśmy całą kompanią na teren zrujnowanego cmentarza żydowskiego i dość szybkim marszem zdążaliśmy w kierunku naszego zasadniczego tego dnia natarcia gmachu szkoły na Okopowej, obecnie zajmowanego przez jednostkę SS. Szkolę dzielił od cmentarza wysoki mur. Po dojściu do niego (nie przypominam sobie, czy był przeprowadzony jakiś wstępny wywiad) trzech pierwszych żołnierzy w szeregu zostało przerzuconych na drugą stronę muru. Ja byłem ostatnim z tej trojki. W chwili gdy spadałem z kilkumetrowej wysokości na rzuconego uprzednio bergmana, po podwórzu gmachu bębniły serie z peemów. Ostrzeżony okrzykiem moich dwóch poprzedników, ukryłem się za jakąś niską budowlą i we trójkę rozpoczęliśmy chaotyczne ostrzeliwanie okien oficyny gmachu, z której poczęstowano nas przed chwilą ogniem.

Wynik naszej strzelaniny był dość nieoczekiwany. Z budynku rozległy się strwożone głosy:

- Nie strzelajcie, tu Polacy!

Po krótkiej wymianie zdań dowiedzieliśmy się, że część domu zajmuje dozorca Polak z rodziną, a serie pochodziły od "bardzo porządnego" Niemca, który ukrył się na strychu widząc nadciągające "nieznane wojsko". Reszta Niemców podobno uciekła. Wyjaśniwszy to wszystko, uczynny dozorca podjął się wyperswadować Niemcowi dalszą obronę i namówić go do poddania się. Zgodziliśmy się na to, ale na wszelki wypadek trzymaliśmy peemy w pogotowiu. Jednak po chwili istotnie w drzwiach wiodących na podwórze ukazał się cywil ze szmajserem w ręku, a za nim blady ze strachu esesman z podniesionymi rękami. Można więc powiedzieć, że koszary SS zdobył dozorca dzięki swym zdolnościom przekonywania Niemców i... trosce o całość szyb swego mieszkania [wg innych relacji wzięto do niewoli więcej jeńców. Być może, autor wspomnień ze swego stanowiska nie widział całej akcji rozgrywającej się w większym kompleksie gmachów].

Kompania nasza obsadziła zdobytą w ten sposób szkołę. Ja początkowo zająłem na rozkaz dowódcy stanowisko na dachu drewnianej szopy, obok elkaemu, z poleceniem obserwowania terenu od strony Powązek, getta, Pawiaka. Po pewnym czasie wyznaczono mi inne stanowisko - przy budującej się barykadce w szerokich, dwuskrzydłowych drzwiach gmachu wychodzących skośnie na Okopową.

W tym czasie reszta kompanii (to jest ci, którym nie zostały przydzielone stanowiska obserwacyjne bądź obronne) przeszukiwała budynek, budowała zapory przeciwogniowe w oknach oraz... organizowała pierwsze żarcie. Oczywiście dostawcą był tu ustosunkowany w sferach niemieckich "cieć", który wyznając widocznie zasadę, że "przez żołądek trafia się do serca", usiłował nas zjednać kompotem i zimną cielęciną.

Cielęcina ta odwróciła na moment moją uwagę od powierzonego mi odcinka. Okazało się to w skutkach dość tragiczne. Na Okopowej, nie więcej niż dwieście metrów od mojego posterunku, ujrzałem nagle wyczarowany skądś niemiecki samochód ciężarowy. Wyjechał on prawdopodobnie z Powązkowskiej albo z drugiej strony, od Nalewek, a że widoczność sięgała w ogóle około trzystu metrów, więc wystarczyła chwila nieuwagi. Przez sekundę nie wiedziałem co robić - nie dano mi określonej instrukcji na wypadek pojawienia się nepla. Miałem meldować swoje obserwacje dowódcy odcinka Florkowi, ale jego akurat nie było w pobliżu.

Samochód zbliżał się. Za moment mógł wjechać na zdobyty przez nas teren i narobić bałaganu na tyłach. W tej sytuacji zdecydowałem się na samodzielne rozpoczęcie akcji. Z odległości kilkudziesięciu metrów wygarnąłem cały magazynek w szoferkę wozu. Zanim zdołałem ocenić skuteczność ognia, z okien całego niemal gmachu otrzymałem nieoczekiwane wsparcie. To strzelała kompania, której większa część nie oddala dotychczas ani jednego strzału. Chłopcy palili się do akcji, a tu taka okazja... Rąbał nawet karabin maszynowy. Jednym słowem, istna orgia ognia. Na szczęście zjawił się Florek. Na nasze rozpaczliwe znaki kanonada powoli ścichła.

Samochód zamienił się w żałośnie płonące szczątki. Obaj Niemcy, szofer i pasażer, znaleźli się jakimś sposobem pod samochodem. Przypuszczalnie po pierwszej - częściowo tylko skutecznej serii otworzyli zewnętrzne drzwiczki i wyczołgali się z kabiny pod wóz. Następne strzały nie robiły im już nic złego, bo wymierzone były w samochód, a nie pod niego. Pamiętam, że jeden z Niemców poruszał się, drugi natomiast robił wrażenie ciężko rannego, lub nawet nieżywego. Do szczegółów tych nie przywiązywałem wówczas większej wagi: wydawało się nieprawdopodobne, aby z tej strony groziło nam jeszcze jakieś niebezpieczeństwo. Florek wskoczył na barykadkę - chciał podbiec do płonącego samochodu, ale nagle jakby się zawahał.

Pamiętam dobrze, jak jeden z kolegów zawołał do niego:

- Co, boisz się?

Wówczas, bez dalszego już zastanawiania się, Florek skoczył naprzód rzuciwszy jednocześnie do mnie: - Za mną! Biegłem pół kroku za nim. Nie pamiętam, co najpierw doszło do mojej świadomości: widok pistoletu w ręku Niemca, odgłos strzałów czy obraz walącego się w tył Florka. Jednocześnie kopnęło mnie coś solidnie w brzuch. Bergman wypadł mi z rąk. Nie straciłem jednak przytomności. Dobrze pamiętam zmasakrowaną twarz Florka (dostał w okolice nosa). Pamiętam, że znów rozpętała się kanonada.

Własnymi siłami przelazłem z powrotem przez barykadę i przykucnąłem w kącie korytarza. Nic mnie nie bolało i nie zdawałem sobie sprawy, że jestem ranny. Sądziłem, że to odprysk muru uderzył mnie w brzuch. Zrobiłem nawet kilka przysiadów dla wykurowania się z narastającego, tępego bólu jamy brzusznej. Po paru minutach wykryła mnie w korytarzu sanitariuszka Ewa. Pomimo zapewnień, że "nic mi nie jest", kazała rozpiąć pasek. Już pierwszy rzut oka na zakrwawioną bieliznę przekonał mnie, że istotnie dostałem.

Po opatrunku załadowano mnie do sanitarki (siadłem koło kierowcy - wewnątrz leżał dogorywający Florek) i przewieziono z powrotem na Mireckiego, gdzie doktor Brom zainstalował punkt sanitarny. W ten sposób zakończyła się moja kariera powstańcza. Przeszedłem na długie tygodnie w ręce "łapiduchów" rozstając się z prawdziwym żalem z akcją i kolegami.

1957




BORUTA - Kompania „Rudy", pluton „Alek”
NA PRZEDPOLU GĘSIÓWKI


Dzielnica Wola, prawie w całości oczyszczona z nieprzyjaciela,
znajduje się w naszych rękach.

(Biuletyn Informacyjny nr 36 - 243 z dnia 2 sierpnia)


Leżymy pomiędzy pomnikami kirkutu. Przed nami olbrzymie, żelazne wrota prowadzące na ulicę, na której stoi rozbite przez nas auto. Po drugiej stronie ulicy niewielkie wieżyczki z szerokimi oknami z czterech stron. Obok długi mur, za nim - rzędy zielonych baraków. To Gęsiówka.

Od strony Gęsiówki wyjeżdża auto. Kołczan, Kolka i Karolek wybiegają mu naprzeciw. Po krótkiej strzelaninie przyprowadzają asa: Obersturmführer - komendant obozu. Zrobiono mu opatrunek i odprowadzono do sztabu. Kołczan zarządza budowę barykady. Ktoś krzyczy, że w aucie stojącym na ulicy są jakieś skrzynki. Podbiegamy do auta i wyciągamy jedną. Ciężka. Musi w niej coś być. Drogosław rozbija skrzynkę i wyciąga z niej litrową butelkę z jakimś płynem. "SS-Wein" - wino!

- Chłopaki, przynieście więcej!

Kilku harcerzy rzuca się do auta. Wyciągają pośpiesznie jedną skrzynię za drugą. Kołczan rozkazuje budować z nich barykadę. Chłopcy podają skrzynie przy bramie. Tworzy się kolejka po butelki. Próbujemy. Smakuje nam bardzo. Maryśka z drużyną zaopatruje się w kilka butelek wina i wyrusza naprzeciw. Przeskakuje ulicę i skrada się do wieżyczki. Po kilku minutach słychać jego dźwięczny głos:

- Geniek, już ich nie ma! Baraki są puste!

Ustawiają w budce erkaem i już w niej zostają. Przeskakujemy pojedynczo przez ulicę. Część harcerzy przystąpiła przedtem do wybijania otworów strzelniczych w murze, ale skoro Maryśka jest już tam - jest to niepotrzebne. Posuwamy się wszyscy. Z prawej strony jest bunkier, ale pusty. Nasza drużyna otrzymuje rozkaz zajęcia stanowisk w prawo od Gęsiej.

Zapada powoli zmierzch. Ze wszystkich stron dolatują głuche wystrzały karabinowe. Od strony Śródmieścia pokazuje się łuna. Na naszym odcinku spokój. Za chwilę pójdą do obozu patrole. Jak tylko się bardziej ściemni. Niebo pokryto się jednostajną ciemną chmurą, spadają pierwsze krople deszczu. Leżymy wtuleni w gruzy, szczękając zębami. Jesteśmy bardzo lekko ubrani, a tu nieprzewidziany deszcz...

Słychać czyjeś głosy i kroki. To Andrzej Długi poszedł z patrolem na teren obozu. Maryśka ubezpiecza ich erkaemem. Przeskakują przez wyłom w murze i wchodzą między baraki.

Zielonkawy obozowy barak nr 4. Drzwi lekko otwierają się po naciśnięciu klamki. Wewnątrz pusto. Chłopcy podchodzą do następnego - również pusty; trzeci - także. A więc więźniów już nie ma! Maryśka klnie jak szewc i wrzuca przez otwarte okno butelki zapalające, jedną, drugą, trzecią. Za chwilę ogniste języki obejmują baraki. Nic mamy szczęścia.

Maryśka wraca do wieżyczki. Druga i trzecia drużyna leżą wtulone w zimne, mokre gruzy. Mży deszcz. Chłopcy rozmawiają po cichu. Podsuwam się do Laudańskiego. Leży na kupce gruzu ze wzrokiem skierowanym przed siebie. Patrzy na Pawiak... Zaczynamy rozmawiać. Co będzie'? Jak nam pójdzie?

- Wiesz, Bogdan, mamy fatalne szczęście! Kiedy wrócimy za kilka dni do domu i zapytają nas: "Coście zdobyli, gdzieżeście byli?" - cóż odpowiemy? Że zdobyliśmy puste baraki Gęsiówki i kilkanaście skrzynek wina!... A inni chłopcy zdobyli Szucha i Okęcie. Ci dopiero mają satysfakcję! Bo leżenie na tych mokrych gruzach nie daje jej zupełnie.

W odpowiedzi Laudański uśmiechnął się. Jest szczęśliwy, zadowolony, wystarcza mu sten i trochę amunicji, by zapomniał o Bożym świecie!

Próbuję podejść do przodu, ale po przejściu kilkuset metrów odzywa się erkaem. Rozglądamy się i padamy na ziemię. Skąd nagle te strzały'? Aha... z bunkrów! Więc tam się ptaszki skryły!

- Dobrze, zobaczymy, jak tam z wami będzie - mówi do siebie Maryśka i wraca do plutonu.

Kołczan zarządza obronę. Jutro będziemy nacierać na te bunkry.

Brr - jak zimno! Jak nudno leżeć na tych gruzach i patrzeć przed siebie. Na Pawiej jest budynek Monopolu. Ma tam być "Parasol", a tymczasem biją po nas stamtąd. Musimy im posłać parę pocisków dla opamiętania. Mimo że noc ciemna, nad miastem jest jasno. Płonące łuny wydobywają z mroku kształty kamienic. Od strony Leszna i Żelaznej dolatują coraz częściej odgłosy strzałów. Cieszymy się tym jak małe dzieci. Cieszymy się, że już wszyscy walczą.

To Śródmieście.

1945




PANI STASIA - Szefostwo Sanitarne Kedywu
SZPITAL KAROLA I MARII


Dojeżdżam Wolską do Karolkowej i idę w stronę Leszna - na rogu spotykam "Dyrektora" Pługa, idziemy kilka kroków razem i gadamy. Zajeżdża maltańska sanitarka kierowana przez Drozdowicza - to doktor Skiba i Padlewski. Jest godzina 16.

Doktor Skiba instaluje mnie w gabinecie przełożonej szpitala. Zaczynają napływać ci, którzy tu przybyć mieli. Zjawia się doktor Maks z rewolwerem za paskiem, z Alodią i sanitariuszkami (baon "Parasol"), doktor Wodołaz, który ma przydział przy naszej grupie, doktor Pobożański z Krysią-Elą M. i Krysią K.

Sanitariuszki z "Parasola" są wesołe jak ptaszki, roześmiane, nucą bojowe piosenki, poprawiają sobie loki, beztroskie, jakby szły na milą wycieczkę czy na zabawę. To jest młodość.

O godzinie 16.40 padają pierwsze strzały. Doktor Maks z dziewczętami wybiegają w stronę cmentarza ewangelickiego na posterunek. Wychodzimy przed budynek, doktor Skiba zakłada na rękę biało-czerwoną opaskę powstańczą.

Wracam do gabinetu i czekam, po chwili wraca doktor Skiba z Padlewskim.

Wkrótce przychodzi jedna z miejscowych pielęgniarek i zawiadamia, że przyniesiono pierwszą ranną. Idę natychmiast. Ranna już nie żyje. Patrzę - Dorota (baon ..Zośka"). Sprawdziło się jej przeczucie, poległa nie tylko pierwszego dnia, ale w pierwszej chwili Powstania. Jest mi okropnie na duszy - serdecznie lubiłam wesołą i dzielną Dorotkę.

Zaczynają napływać pierwsi ranni - ciężkie wypadki kierujemy sanitarką do Szpitala Wolskiego. Wieczorem przynoszą siedemnastoletniego Jelenia (baon "Zośka") z postrzałem brzucha - operuje miejscowy lekarz doktor J. W.

W nocy okazuje się, że Szpital Wolski odpadł dla nas, bo nie ma z nim już komunikacji. Odwożąca tam rannego sanitarka ledwo wróciła.

Ranni leżą na podłodze na materacach, jest to szpital dziecięcy, więc są tylko małe łóżeczka. Główny punkt opatrunkowy zamienia się w szpital chirurgiczny, bo nie ma innego wyjścia. Lżej rannych po opatrunkach transportuje się vis a vis do Szpitala Św. Łazarza na Lesznie.

W środę rano przybywa gromada dziewcząt z WSK ze swoją komendantką panią Danusią. Jest ich pięćdziesiąt. Rozdziela się dziewczęta na patrole do przenoszenia rannych, do kuchni i tym podobnych zajęć. Dziewczęta doskonale pracują pod ostrzałem przy transportowaniu rannych do Szpitala Św. Łazarza.

Siostry - pielęgniarki ze Szpitala Karola i Marii - oddają do użytku rannych swoje własne łóżka.

Chłopcy przywożą zdobytą na Niemcach bieliznę pościelową i osobistą, cały samochód ciężarowy łóżek. Sale przybierają wygląd szpitala. Chorzy przebrani w czystą bieliznę, umyci - zupełnie inaczej wyglądają.

Drugi dzień Powstania mija dość spokojnie. W południe pod szpital podjeżdża czołg niemiecki, piekielna strzelanina. Jeden z rannych w nogę łapie szczotkę do zamiatania jako kulę i z granatami wypada z budynku na pomoc. Zatrzymuje go pielęgniarka Nelly, ja mu tłumaczę, aby wrócił do łóżka - słuchać nie chce. Pobiegł. Czołg odparty. Chłopak wraca kontent, że pomógł kolegom.

W czwartek coraz więcej rannych. Lekarze miejscowi z pełnym poświęceniem i zaparciem się siebie, przy nieustającej kanonadzie, operują na dwa stoły dzień i noc bez odpoczynku - pomagają im niestrudzone siostry operacyjne.

Muszę tu też wspomnieć o pielęgniarkach szpitalnych pracujących na salach, które z całym poświęceniem pracowały w tak trudnych warunkach i prócz pomocy fachowej miały dużo serca dla naszych rannych.

Miały one wiele przykrości od chłopców, którzy nie darzyli ich zaufaniem. Chłopcy uważali, że tylko dziewczęta z AK wszystko doskonale koło nich robią. Wiele takich sporów łagodziłam i tłumaczyłam, że sanitariuszki nie mogą być równane pod względem umiejętności z zawodowo szkolonymi pielęgniarkami. Od sanitariuszek po pobieżnym szkoleniu wymagało się, aby umiały udzielić pierwszej pomocy i aby były odważne. Trochę to pomagało. Często chłopcy prosili, abym ja przyszła do jakiegoś zabiegu na sali, dopiero wtedy spokojnie pozwalali go zrobić pielęgniarce.

Mnie to nie dziwiło, bo zawsze ze swoimi biedami do mnie się zwracali. Zdawało się im, że gdy jestem obecna, to mniej ich będzie bolało.

Tacy dziecinni byli nasi bohaterscy chłopcy - dla nich obrona barykady czy zdobywanie czołgu było proste, a przed zastrzykami ogarniał ich lęk.

Po południu przybywa chirurg ze Szpitala Wolskiego, dr Kmicikiewicz. Przed wieczorem idę z Padlewskim do "Parasoli" i "Zośki" z wizytą; goszczą nas gorącą kawą, chlebem z konserwami i winem.

Po naszym powrocie rannych coraz więcej przybywa, przyjmuję ich, zapisuję pseudonimy, oddziały, adresy - przygotowuję wykaz rannych i zmarłych dla pułkownika Radosława.

Przed pierwszą w nocy przyszedł do mnie Pług - za chwilę będą zrzutki na cmentarze - wychodzimy przed budynek. Po kilku minutach słychać samoloty, które Niemcy wściekle ostrzeliwują. Broń zrzucona, chłopcy się cieszą. Wykaz dla pułkownika Radosława już skończyłam, przepisuję go na maszynie.

W piątek 4 sierpnia nieprzerwany sznur noszy z rannymi, który przesuwa się przed moim stolikiem, przypomina mi jakiś nie kończący się pociąg. Cały korytarz zastawiony rannymi, którzy czekają na opatrunki i operacje. Podłogi pełne krwi jak błota, mimo że dziewczęta sprzątają i wycierają.

Ze znanych mi chłopców z baonu "Zośka" jest Jeleń - postrzał brzucha. Henryk - postrzał płuca. Janek od Kołczana - postrzał płuc, Grab - postrzał biodra. Graf (Raf) - postrzał nogi i pośladka, z grupy "Andrzej": Stasinek - postrzał twarzy i uszkodzenie oka, i Andrzejek, obaj przeniesieni do Szpitala Św. Łazarza. Jest wielu innych, których nie pamiętam.

O zmroku przychodzi do mnie Zosia na pogawędkę. Martwi się, jak zawiadomić matkę Doroty o jej śmierci - pocieszam ją, że pójdziemy tam obie, będzie nam raźniej.

Zosia jest smutna, sytuacja wojenna ciężka, takie duże straty. Zosia ma jutro iść do szturmu na małe getto (Gęsiówkę), ma przeczucie, że stamtąd nie wróci.

Przytuliła się do mnie i tak siedzimy chwilę spokojnie, wreszcie Zosia mówi:

- Pobłogosław mnie na drogę.

Błogosławię i całuję serdecznie moją kochaną dziewczynkę. Niech ją Bóg strzeże, bo prócz Boga nikt nam nie pomoże. Zosia przyznaje mi rację.

Potem przychodzi Halusia, przysiada się do mnie i przytula. Halusia jest mizerna, przemęczona, dziwię się, jak jej delikatny organizm to znosi.

- Jestem silna, wszystko, co trzeba, zniosę, nie obawiaj się o mnie. Pobłogosław mnie na to, co mnie czeka... Błogosławię ją i całuję, obie mamy łzy w oczach. Do Halusi jestem bardzo przywiązana, dobrze się z nią pracowało.

1945




WIKTOR (KADŁUBEK) - Kompania "Rudy", pluton "Felek"
ZDOBYCIE CZOŁGÓW

2 s i e r p n i a

8.00 - Kilka czołgów npla wdziera się na nasz rejon ze strony zachodniej i północnej. Opanowano 2 czołgi.

(Dziennik bojowy zgrupowania "Radosław")


Deszcz już przestał padać. Niewyspani i zziębnięci stoimy na Okopowej przy barykadzie z parowozów kolei wąskotorowej, która kiedyś kursowała na kirkut. Brak wiadomości z miasta. Czy wszystkie dzielnice są opanowane? Ostrzał ze strony Gęsiówki jest bardzo słaby. Pomimo ponurej pogody humory dopisują. Opowiadamy kawały i dowcipkujemy.

W nocy przyjechał wóz z bronią (transport z placu Kercelego, pod dowództwem Anody). Karabiny i erkaemy, Nastrój wyraźnie się poprawia, gdyż dotychczas byliśmy uzbrojeni wyłącznie w pistolety i peemy. Świst lokuje się z erkaemem na dachu parowozika, ale ponieważ ma około dwóch metrów wzrostu, więc nie bardzo mu się to udaje. Ostre serie karabinów maszynowych wzdłuż ulicy. Widać wyraźnie, jak świetlne pociski znaczą tor swego przelotu. Chwilę stoję, jak i inni, niezdecydowany.

Ktoś pierwszy zorientował się w sytuacji.

- Czołgi!
- Za mur!

Czołgi posuwają się ulicą między murem cmentarza a Gęsiówką, trzepiąc z kaemów.

Kuba przy bramie cmentarza krzyczy:

- Piaty! Piaty!

Szykujemy się do rzutów granatami.

Kołczan pędzi szybko z wielką wiązką handgranatów, widać nie chce stracić okazji.

- Daleko rzucać! Daleko rzucać! - ryczy obserwator na murze cmentarza.

Oddzieleni murem nie widzimy, co się dzieje na ulicy. Wybuchają pierwsze granaty. Potworny huk. Odnoszę wrażenie, że ziemia się kołysze. Widocznie walą gamony.

Ciskam teraz ja. Gamon, potrójnie ładowany plastykiem, zakreśla wysoki tuk i nawet nie dolatuje do środka ulicy. Czuję, że tym rzutem zupełnie się skompromitowałem.

Pali się! Dosyć! Nie rzucać więcej!

Wybiegamy na ulicę. Dostrzegam piata na stanowisku, skierowanego w stronę placu Kercelego. Czołg stoi na torach tramwajowych obok zwalonego słupa trakcyjnego, na który wpadł w popłochu. Oglądamy go ciekawie, kilku wchodzi do środka. Anoda wypróbowuje cekaem strzelając z uchwytu do strzelań przeciwlotniczych. Ze środka wyciągają cygara, kilkanaście bochenków chleba, masło, zapasowe ubrania. Widać Niemcy byli dobrze zaopatrzeni. Niestety, nikt nie zna się tak dobrze na nowoczesnych czołgach, aby choć ocenić jego stan techniczny. Niemcy żyją, są w niewoli. Na oko dużych uszkodzeń nie widać. Czołg wydaje się nam kolosem, ślady wybuchów granatów na klapie wieżyczki mają wygląd niewielkich wgnieceń. "Zupełnie jak od dmuchnięcia w miękkie ciasto" - przychodzi mi na myśl porównanie.

Dowiadujemy się, że drugi czołg uciekał w przeciwnym kierunku, lecz zleciał z niewielkiego nasypu przy Mireckiego i wbił się w mały domek stojący poniżej ulicy. Mówią nam, że ten czołg to robota oddziałów osłonowych sztabu pułkownika Radosława.

1946




JUR - Kompania "Ruda", pluton "Felek"
ULICA SPOKOJNA

2 s i e r p n i a

11.30 - D-ca "Brody" melduje o zdobyciu szkoły przy ul. Okopowej...

(Dziennik bojowy zgrupowania "Radosław")


Pluton szalał z radości, bo przed chwilą zdobyto czołg, cały, nie spalony, z małym tylko defektem w motorze. Chłopcy jak małpy wdrapywali się na olbrzymie cielsko niegroźnej już pantery i z zaciekawieniem oglądali każdy szczegół tej olbrzymiej machiny wojennej. Naturalnie Kuba z Anodą już byli w środku i podawali Słoniowi, nachylonemu ku klapie włazu, co się dało. A więc mundury, celty, amunicję, jedzenie, papierosy i tak dalej, a było tego sporo. Niemcy to jednak przewidujący naród.

Wszystko to wędrowało w jedno miejsce i miało być później sprawiedliwie rozdzielone, naturalnie za zgodą dowództwa. Coraz to wydobywając się z wnętrza okrzyki świadczyły o nowych zdobyczach.

Od strony ulicy Mireckiego nadbiegła łączniczka.

- Do dowódcy plutonu - rzekła stereotypowo do grupy chłopców otaczających czołg.
- Kuba! Kuba! Wyłaź! Łączniczka z dowództwa!

Przy klapie zrobił się ruch i za chwilę poczęły się wynurzać najpierw blond włosy, późnię] lekko spocone i przybrudzone czoło, następnie błyskając przyjaźnie para okularów i wreszcie - cała twarz drąca się już charakterystycznym, tubalnym głosem:

- Dawajcie tutaj! Jestem!
- Panie podchorąży, proszę natychmiast udać się do dowódcy kompanii - zaraportowała i zaraz dodała, robiąc oko: - Zdaje się. że jakaś akcja się szykuje.

Po kilku "hura!" na rozkaz Anody, który chwilowo objął dowództwo, poczęto przygotowywać się do akcji. Przede wszystkim broń i amunicja. Reszta - jak starczy czasu.

Przybiegł Kuba zdyszany i rozpromieniony.

- Drużyna druga i czwarta, szykować się! - rzucił zasapanym głosem w nasze twarze zwrócone w jego stronę z niemym zapytaniem w oczach. - Atakujemy szkołę na Spokojnej. W akcji weźmie udział oprócz nas jedna drużyna z kompanii "Maciek" i kapitan Jan. Dowódcą natarcia jestem ja. Za pół godziny wymarsz. Drużynowi, zgłaszać się po uzupełnienie amunicji.

Tak dobrze nam znany jeszcze z konspiracji nastrój przedakcjowy udzielił się wszystkim. Ta mieszanina niepokoju, a może strachu, z odwagą i zdecydowaniem wprowadzała mnie zawsze w dziwny stan wewnętrznego drżenia, przypominającego mi zupełnie drżenie maszyny puszczonej w ruch, a trzymanej na uwięzi hamulców. Nie wiem, jak inni odczuwali tę chwilę, ja wiedziałem tylko, że oprócz siebie mam jeszcze dopilnować jedenastu ludzi, którzy stanowili moją drużynę. Nie mogłem sobie pozwolić na analizowanie stanów wewnętrznych, co zresztą i tak na nic by się nie przydało w akcji. Lepiej sprawdzić, czy wszystkie peemy działają i ile jest amunicji.

Tak się dziwnie złożyło, że zostałem najmłodszym dowódcą w plutonie, więc moją ambicją było, by wszystko znajdowało się w jak najlepszym porządku. Prawie jednocześnie z Pudlem, dowódcą drugiej drużyny, zameldowaliśmy się do Kuby po amunicję. Przygotowania szły równym tempem. Dochodziła jedenasta w południe.

- Jur, gotowy jesteś? - krzyknął Kuba.
- Tak jest!
- Pudel też?
- Tak jest!
- Anoda! Rób zbiórkę i ruszamy.

Pierwszym etapem była zdobyta jeszcze wczoraj Szkoła Św. Kingi na ulicy Okopowej, gdzie stała pierwsza kompania Blondyna. Tam miała dołączyć się jeszcze jedna drużyna i trzeba było uzgodnić współdziałanie cekaemu mającego nas wspomagać. Stanowisko tej śmiercionośnej maszyny było rzeczywiście wymarzone. Obiekt naszych pożądań widniał jak na dłoni. Od razu też rzucało się w oczy, że skryte podejście jest tylko jedno - od ulicy Okopowej, bowiem między obiema szkołami była właściwie pusta przestrzeń, urozmaicona kilkoma drzewkami, kartofliskiem i czymś w rodzaju stert drzewa. Natomiast wzdłuż ulicy Okopowej ciągnęło się kilka domów, budynki fabryczne, tak że, ostatecznie, można było "przeskoczyć". Według relacji patrolu rozpoznawczego droga była wolna od Niemców. Wynikało stąd, że siedzą oni tylko w szkole i poza nią nie wychylają nosa, czekając na zmiłowanie Boże lub... na nas. Nie ma co się namyślać; jeszcze kilka wskazówek i idziemy.

Dziwne, jak w takich chwilach człowiek zapomina o wszystkim, co go otacza. Nie widzi się, że są akurat chmury, a nie słońce, nie czuje się, że wiatr wieje, nie spostrzega się, że mijane drzewa są zielonoszare od kurzu z gruzu sypiącego się po każdym wybuchu. Instynkt wyczula nerwy tylko w jednym kierunku. Każdy przedmiot w terenie jest oceniany jako zasłona lub ochrona. Tu mogę się ukryć - nieprzyjaciel mnie nie zobaczy, ale tam, za murkiem. nie tylko że mnie nie ujrzy, ale jeszcze nie będzie mógł mnie zabić. Nie ma ulicy, domów, parkanów - jest teren otwarty i zakryty. Tu mogę dostać, a tam - nie. Stamtąd zaś można doskonale zlikwidować wroga. Koniec z człowieczeństwem i związanymi z tym pojęciem przywilejami litości, miłosierdzia, braterstwa. Już jest tylko - słabszy albo silniejszy. Jeśli jest słabszy, to po co ma żyć, a zresztą jak nie ja jego, to on mnie. Jednak dużo mamy cech zwierzęcych w sobie. Tak dużo, a tak dobrze ukrytych, że trzeba takich momentów, jakie daje wojna, żeby wyszły na jaw. Rzeczywiście, chyba tylko tym różnimy się od pogardzanych przez nas zwierząt, że potrafimy się doskonale maskować.

- Jur, coś ty taki zamyślony? - doleciał mnie jakby z oddali głos mojego zastępcy (Drzazga). - Co, o niej marzysz? Nie warto.
- Tak, masz rację, nie warto o tym myśleć.

Zbliżaliśmy się. Już doszliśmy do ulicy Spokojnej i zajęliśmy domy przyległe do szkoły. Od budynku oddzielał nas tylko parkan i nieduży płat trawnika. Ludność miejscowa dostarczyła nawet najdrobniejszych szczegółów dotyczących naszego obiektu, rozmieszczenia w nim sal i pokoi, ilości i uzbrojenia Niemców. Nie zwlekając rozpoczęto przygotowania do szturmu. Plan był bardzo prosty.

Uderzenie miało wyjść z jednego punktu, dokładnie z tylnej bramy fabryki Cygana, z tym, że jedna grupa przebiegnie wzdłuż parkanu otaczającego z tej strony szkołę i dotrze do małych zabudowań na dziedzińcu, natomiast druga grupa wraz z kapitanem Janem stanowić będzie główną grupę szturmową, atakującą bezpośrednio budynek szkolny. Od tej strony, to znaczy od ulicy Kolskiej, budynek posiadał boczne wejście, które należało sforsować. Moja drużyna była rozparcelowana. Część jej, ściśle mówiąc sekcja erkaemu pod dowództwem Piona, stanowiąca wsparcie ogniowe, została umieszczona na poddaszu fabryki Cygana, stojącej akurat na wprost bocznej fasady szkoły, reszta zaś razem ze mną stanowiła grupę atakującą boczne wejście.

Kuba począł się trochę denerwować. Dobrze przygotować natarcie, poprowadzić je ze skutkiem - to nic jest taka prosta sprawa. Ciężko jest się zdecydować, jeżeli wiadomo, że od złej lub dobrej decyzji zależy życie przyjaciela, kolegi lub chociażby tylko towarzysza broni. Tam, w sztabie, ślęczący nad papierkami oficerowie nie przeżywają takich zmagań i rozterki jak dowódca tu, na linii, zmuszony patrzeć gołym okiem, a nie przez cyfry meldunków, na śmierć i zmuszający ludzi, by szli na jej spotkanie. Tu odpowiedzialność jest bardziej bezpośrednia i cięższa. Ileż to razy resztki ludzkich uczuć walczą z obojętną obowiązkowością, gdy przyjdzie rozkaz wymagający prawic pewnych ofiar! A decyzję trzeba wydać szybko i, co najważniejsze, głosem zdecydowanym, przekonywającym. Toteż nie dziwiłem się, że Kuba coraz częściej poprawiał okulary na nosie i popędzał ludzi trochę urywanym głosem.

Od strony szkoły padły strzały. Niemcy przywitali nas, dali znać, że już zauważyli.

- Co za ciemniaki - zawyrokował fachowo Wiech (zwany tak z racji wystawiania się gwarą warszawską) - mogli udawać, że nas nie widzą. i dopiero w czasie skoku zapchnąć nam gola.
- Co ty od szkopów wymagasz'? - odezwał się któryś.

Znów kilka strzałów. Najwyższy czas zaczynać. Kilka serii chlasnęło po szybach szkoły. To skoda Piona daje sygnał. Skaczemy. Najgorszy ten pierwszy krok. Serce tak bije, coś świszczy wkoło... ech, czort bierz! Teraz już nogi same niosą, byle prędzej. Obejrzałem się. Co się ociągacie! Ogień jak cholera - byle prędzej tam, do tych drzwi! Witold pada w samej dziurze w płocie, przez którą wślizgujemy się na dziedziniec. Trzeba przeskoczyć przez niego. Już nic nie widzę dokoła siebie, tylko ciągle majaczy mi czarna plama drzwi. Ten kawałek otwartej przestrzeni wydłuża się w nieskończoność. Pada Grab. Dalej. Anoda biegnie przede mną, Ryszard, Jan koło mnie. Nareszcie drzwi. Zamknięte?
Tak.

Przylepiliśmy się do muru; chyba nigdy nie czułem takiej sympatii do kamienia.

- Dawać plastyk! - krzyknął kapitan rzucając jednocześnie granat w okno, z którego raziły nas pociski. Posypały się szyby. Chwila ciszy. Znów huk. To plastyk przyłożony przez Ryszarda. Drzwi stoją otworem. W sieni jeszcze gryzący dym po eksplozji. Schody, zasypane szkłem, trzeszczą zgrzytliwie. Jakaś postać zbiega ufnie ze schodów. Skurcz strachu i z powrotem. Herr Gott! Nie, bratku, nie tak szybko! Leży. Długi korytarz na piętrze jest ciemny. Niemcy pozamykali okiennice. Sprytni. Na końcu słychać tupot nóg. Błyski ich wystrzałów wskazują nam cel. Nie próżnujemy. Skurcz palca wskazującego, odrzut, dym i znów od początku. Kapitan rzuca wzdłuż korytarza granat. Wybuch. Naprzód! Jakieś jęki, ktoś krzyczy. Jan nawołuje po niemiecku do poddania się, popierając żądania kąśliwymi argumentami swego visa. Z drugiej strony też wrzawa.

Ogień Niemców słabnie. Uganiamy się po pokojach i salach, wyszukując niedobitków. Krew już nie pulsuje, lecz wali w żytach. Policzki mnie palą. Wewnątrz czuję jakiś szał, jakąś siłę rozrywającą mnie i pchającą do ciągłego ruchu. Nie wiem, dlaczego chciałbym ciągle krzyczeć, strzelać, biegać. Z ciemnego korytarza wyłania się postać z podniesionymi rękami. Dla pewności bierzemy go na muchę. Oficer oddaje broń Anodzie i melduje kapitulację. Jan coś mówi po niemiecku. Cała grupa pozostałych obrońców szkoły wynurza się z głębi. Obmacujemy ich dokładnie. Przybiega Kuba.

- A, tu jest reszta. Tam już część trzęsie się na dole. Trzeba ich zebrać wszystkich do kupy i odesłać od razu do dowództwa. Sporośmy samochodów zdobyli. Jest trochę broni. A panterek i mundurów do cholery. Trzeba jeszcze przeszukać dom, i zbiórka na dziedzińcu.

Całkiem przypadkiem dostrzegłem u oficera małego walterka wiszącego sobie spokojnie na pasie. Co prawda, to tylko siódemka, ale zawsze broń. No dawaj, bracie. Maszynka była zupełnie nowa. Miła pamiątka.

Na podwórzu wrzało. Wiara w hełmach zdobycznych, już ubrana w panterki, znosiła przeróżne graty i ładowała na samochody kursujące jak taksówki. Wiele kłopotu sprawiali cywile, których wielka, nie do upilnowania chmara rzucała się na łupy. Niby każdy lubi korzystać, ale znów nie każdemu uśmiecha się oddawać tak ciężko zarobione rzeczy. Wychodząc widocznie z tego założenia Kuba kazał wyrzucić całą zgraję za parkan i nie wpuszczać żadnej cywilnej istoty na teren szkoły.

Niemcy, zbici w małe stadko, stali milcząco i bojaźliwie na uboczu. Zresztą miny pilnujących ich chłopców były tak groźne i nacechowane powagą zadania, że rzeczywiście nie można było się wiele dobrego po nich spodziewać. Wśród jeńców znalazł się jeden Polak i jeden francuz, którzy od razu przeszli na naszą stronę. Roger był właściwie Alzatczykiem i pochodził z Metzu. W armii niemieckiej znalazł się pod przymusem. Cieszyłem się bardzo, że przydzielili go do mojej drużyny, bo mogłem chociaż zamienić z nim tych kilka słów, które znałem po francusku. No, ostatecznie i to pewnego rodzaju atrakcja. Nie wiem, dlaczego wymyśliłem sobie, że po skończeniu Powstania (co, naturalnie, miało niedługo nastąpić), za jakieś kilka dni Roger będzie moim gościem i że będę go oprowadzał po Warszawie. Cóż za dróle d'idee (śmieszny pomysł), jakby powiedział mój "francuski piesek" - tak go nazwał Wiech. Najzabawniejsze były rozmowy z nowym kolegą, w których musiałem pośredniczyć z moją mocno ubogą francuszczyzną, szczególnie kurczliwą, gdy chodziło o jakieś inne zdania niż: "Jak się nazywasz? Która godzina?..." Najczęściej jednak kończyło się na systemie głuchoniemych. Ten język okazywał się niezawodny. Przychodziło mi na myśl wtedy, dlaczego wysilają się na jakieś esperanto, kiedy kwestię międzynarodowego języka można by rozwiązać w tak prosty sposób.

Powrót na stanowiska był może taki, jak sobie niejeden z nas wymarzył. Były i kwiaty, i ludzie, i łzy, i wszystko, co trzeba. Opanował nas jakiś wzniosły nastrój, który udzielił się całej ulicy. Jadąc zdobycznymi samochodami, śpiewaliśmy co sił "Warszawiankę", "Szturmówkę" i inne jeszcze bojowe pieśni.

Z ulicy dobiegały nas okrzyki, padały kwiaty. Trochę wilgotno się robiło w okolicy oczu i w gardłach coś ściskało. I teraz serca biły przyśpieszonym rytmem w takt piosenki żołnierskiej, ale biły jakoś inaczej, świątecznie. Coś rozsadzało piersi. Czy durna? Nie. Może trochę. Ale przede wszystkim - szczęście. Wystarczyło spojrzeć na twarze tych ludzi płaczących i wzruszonych widokiem polskiego żołnierza, orzełka na czapce, opaski biało-czerwonej, wsłuchanych w śpiew polski - wolno i głośno brzmiący na ulicy. Po tylu latach...

1946




BORUTA - Kompania "Rudy", pluton "Alek"
WYJAZD PO MUNDURY

2 s i e r p n i a

14.05 - Meldunek "Brody" - 3 Tygrysy, 1 samochód panc. Posuwają się od Powązek do Okopowej.

(Dziennik bojowy zgrupowania "Radosław")


Stoję przy głównej bramie od ulicy Gęsiej. Jest ze mną Wiktor i Roger. Od strony sztabu podjeżdża mały, półciężarowy opel, za którego kierownicą siedzi Jurek w mundurze pancerniaka. Podjeżdża do nas i zatrzymuje się obok stojącego nie opodal Kołczana. Po krótkiej rozmowie przez uchylone drzwi auta Kołczan rozkazuje:

- Boruta, siadaj z Wiktorem i Zbyszkiem na auto i jedźcie po mundury. Ewakuujemy magazyny na Stawkach. Tylko nie zapomnijcie zrzucić po drodze trochę i dla nas.

W ciągu kilku sekund wgramoliliśmy się na platformę. Wiktor siadł w szoferce obok Jurka i auto ruszyło gwałtownie. Przyjeżdżamy obok plutonu Kuby, potem mijamy w zawrotnym tempie pozycje pierwszej kompanii naszego batalionu, podskakując na nierównym bruku Okopowej. Od strony Fortu Bema dochodzi potężny huk dział i łoskot karabinów maszynowych. Musiała tam rozgorzeć na dobre walka. Skręcamy z Okopowej w prawo. Po drodze spotykamy naszych żołnierzy. Są ubrani podobnie do nas, lecz nic widać przy nich wcale broni. Spoglądają z zazdrością na nasze pistolety maszynowe i salutują. Zwalniamy, by zapytać, gdzie znajduje się punkt rozdzielczy mundurów. Jeden z zapytanych, szesnastoletni może żołnierzyk, wskazuje nam pobliską czteropiętrową kamienicę. Podjeżdżamy. Przy bramie stoi na straży kilku żołnierzy. Zeskakujemy, a auto wjeżdża na podwórze zatłoczone ludnością cywilną, Na nasz widok rozstępują się i otaczają nas kołem. Ktoś dotyka mej celty, ktoś podaje Wiktorowi talerz gorącej zupy, ktoś pyta, czy już cała Warszawa wolna. Rozmawiamy z ożywieniem, gdy kilku mężczyzn napełnia platformę naszego wozu nowymi niemieckimi mundurami i częściami ekwipunku. Spoglądamy na nie z pożądliwością.

Po chwili auto jest już naładowane i Jurek zapala motor. Jednak równocześnie dochodzą naszych uszu głuche odgłosy wystrzałów od strony Powązkowskiej. To gdzieś blisko. Wysyłam kilku miejscowych chłopców, żeby zbadali, skąd te strzały pochodzą. Słychać je coraz częściej.

Nagle nasza brama napełnia się kurzem i odłamkami tynku, po czym słyszymy przeraźliwy huk. Ktoś jęknął i upadł zalany krwią. Robi się popłoch, kobiety uciekają do piwnic. Wydaję rozkaz zamknięcia bramy. Ludzie robią to dość opieszale, zaczynam się denerwować. Auto ustawiamy głęboko w podwórku.

Z dachu meldują, że ulicą jadą dwie pantery. Strzelają wzdłuż ulicy. Co chwila obsypują się gdzieś mury i słychać brzęk szyb. Stoimy w bramie, teraz już sami. Po jakichś dziesięciu minutach strzały cichną i decydujemy się na powrót. Wyjeżdżamy do rogu ulicy i zatrzymujemy się. Proszę miejscowych żołnierzy, by podeszli do rogu Okopowej i sprawdzili, czy mamy wolną drogę. Po chwili wracają i meldują, że Niemców nie widać, tylko przy Spokojnej leży rozbita nasza sanitarka. Proszą, żeby, jeśli damy radę, zabrać rannych. Ładna historia! Auto naładowane tak, że z trudem sami się na nim trzymamy, a tu jeszcze trzeba brać rannych. "Ale trudno - myślę - wyrzucimy trochę mundurów i jakoś sobie poradzimy".

Wiktor znów siada w szoferce obok Jurka, a Roger włazi na wierzch platformy, chwytając się brzegów auta. Wskakuję ostatni. Ruszamy pełnym gazem i podskakując na wybojach zbliżamy się do rozbitej sanitarki. Wielkie auto z porozbijanymi szybami całe podziurawione jest kulami jak rzeszoto. Obok na ziemi kilku żołnierzy. Spośród sześciu dwóch tylko daje znaki życia. Dostrzegli nas i jeden usiłuje się podnieść, wołając błagalnie:

- Zabierzcie nas, zabierzcie!...

Auto zwalnia. Instynktownie odwracam głowę w stronę poprzecznej ulicy Spokojnej i zamieram z przerażenia: dosłownie kilkanaście, może dwadzieścia metrów z boku, tuż za rogiem szczerzy na nas zęby lufa tygrysa. Za nią inne. Za nimi samochody pełne Niemców.

Zdołałem wydobyć z siebie tylko okrzyk:

- Jurek, gazu!

Trzymając się kurczowo oburącz wozu, wetknąłem głowę między mundury. Auto poderwało się. Ale wszystko to na oczach czarnych postaci stojących na żelaznych kolosach, czarnych i zielonych mundurów zalegających całą ulicę między długim sznurem czołgów i aut. Za późno! Już jeden z nich pochyla się, kierując na nas erkaem... Jezus Maria!... Krótka seria karabinu maszynowego wstrząsnęła malutkim wozem. Auto spazmatycznie rycząc, na pełnym gazie podrywa się do przodu. ...Druga seria, ogłuszający trzask i chwila zamroczenia. Czuję na twarzy krew. Z chwilowego przerażenia wyrywa mnie krzyk Rogera:

- Witold, dostałem!

Odwracam głowę. Roger trzyma się pędzącego dalej na łeb, na szyję auta, ma podniesioną głowę, ale jest śmiertelnie blady. Uspokajam go, że nic groźnego, pytam - gdzie?... Odpowiada łkając, że w brzuch i policzek. Auto pędzi z ogromną prędkością. Dojeżdżamy do barykady zamykającej Okopową, którą obsadza pluton Kuby. Przecieram ręką oczy nie będąc pewny, czy jestem ranny. Jurek zwalnia i zatrzymuje wóz. Pomagam wysiąść Rogerowi. Jest blady jak papier. Zeskakuję i oddaję go pod opiekę wezwanych sanitariuszek. Sam się rozprostowuję i oglądam swój mundur. Dziur nie widać. Więc to nie moja krew... Rogera. Auto rusza dalej, objeżdżając barykadę, by odwieźć Rogera do szpitala, a Wiktora do punktu sanitarnego; Wiktor siedząc w szoferce oberwał w rękę. A więc dwóch rannych. Obaj siedzieli po prawej stronie, a stamtąd właśnie był ostrzał.

Ruszam piechotą w kierunku postoju plutonu. Podchodzę do Andrzeja Długiego i melduję mu, że Niemcy szykują się do natarcia wzdłuż Okopowej przy użyciu czołgów. Podchodzi Kołczan, przygląda się mojej zakrwawionej twarzy i celcie. Milczymy. Nie czekając na pytanie próbuję wyprężyć się służbiście i melduję cichym głosem:

- Panie podchorąży, melduję powrót grupy z zadania. Straty własne - dwóch rannych.

1945




WIKTOR (KADŁUBEK) - Pluton pancerny
"GDY CZOŁGI JADĄ..."

Dowódca A.K. Gen. Bór nadał ob. Janowi Lumeńskiemu Srebrny Krzyż Zasługi z Mieczami za uruchomienie zdobytego czołgu niemieckiego i umożliwienie natychmiastowego użycia go przeciw Niemcom.

(Biuletyn Informacyjny nr 44 - 260 z dnia 7 sierpnia)


Siedzimy w czołgu. Bajan, Cielak i ja. Umieściwszy się, gdzie kto może, drzemiemy i rozmawiamy na przemian. Znów pada deszcz. w kabinie jest mokro i ciasno. Taka noc nic daje odpoczynku, właściwie to już druga nie przespana noc.

Rano zaczynamy zapoznawać się z czołgiem, ale tyle jest w nim urządzeń o nieznanym przeznaczeniu, że rezygnujemy w zasadzie z samodzielnych poczynań, na które nie mamy również upoważnienia.

Niedługo przychodzi do czołgu blady, szczupły porucznik przedstawiając się jako Wacek. Ma rozkaz organizować oddział pancerny. Na zapytanie, czy chcemy wejść w skład załogi czołgu, odpowiadamy z Bajanem twierdząco. Obecny przy tym Cielak, jako bezpośredni dowódca, wyraża zgodę, ale on przecież nie decyduje. Wacek twierdzi jednak, że sprawa organizacji jednostki pancernej jest ważna szczególnie, czołgi mogą decydować o powodzeniu działań. Ma w tej sprawie specjalne pełnomocnictwa dowództwa. Domyślam się, że chodzi pewnie o kapitana Jana. Pluton pancerny ma wejść organizacyjnie w skład baonu "Zośka".

Rzeczywiście, po godzinie jest już zgoda na nasze przeniesienie do plutonu pancernego. Dziwimy się, że tak łatwo poszło, i przeżywamy chwile wątpliwości co do słuszności naszego kroku. Rozstajemy się z kolegami, z którymi łączą nas wieloletnie więzy przyjaźni i lata wspólnych walk w Wielkiej Dywersji. Piękne pantery są jednak wielkim magnesem. Właściwie wielu z innych oddziałów za zaszczyt poczytywałoby sobie możliwość włączenia do załogi czołgu, ale ciągle nie wiem, jak przyjęli koledzy wiadomość o naszym przejściu do plutonu pancernego. Zapoznajemy się z załogą. Kierowcą jest Ryk, podchorąży służby zawodowej broni pancernej. Robi wrażenie okropnie poważnego. Widać w nim fachowca.

Kapral Walek, przyjemnie wesoły i uśmiechnięty, będzie jeździł obok kierowcy jako radiostrzelec. Panterą dowodzić będzie dowódca plutonu porucznik Wacek.

"Uczyć się!" Tak brzmi rozkaz. Ale od kogo'? Może od Niemców wziętych do niewoli? Wacek jest szybki i decyzje podejmuje błyskawicznie: sprowadzić niemieckiego pancerniaka.

Niemca pod karabinem sprowadza Walek. Oglądam go ciekawie. Czarny mundur nie robi tego wrażenia co w czasie okupacji. Widać, że przed nami stoi jeniec. Obandażowana szyja, goła głowa i maska obojętności na twarzy. Przedstawia się nam jako Austriak. Twierdzi, że jest chory, ale na pytania odpowiada chętnie i wyczerpująco. Wacek pyta, jaką funkcję pełnił w czołgu. Kierowcy. Czy wobec tego będzie umiał wyjaśnić działanie wszystkich mechanizmów? Tak, gdyż przechodził przeszkolenie w tym kierunku.

Szczegółów dowiadujemy się dużo, ale stwierdzamy ze zdziwieniem, że wszystko łatwo zapamiętać. Czołg jest szybki, może jechać 60 km/godz. Waży czterdzieści dwie tony. Ryk zachwyca się szczegółami technicznymi. Słyszę poszczególne uwagi, z których, zajęty zaznajamianiem się z obsługą wieży, dowiaduję się tylko, że czołg ma siedem biegów, ale na twardym podłożu można ruszać już z czwartego. Coś tam mówią o trzech sprzęgłach, prawdopodobnie każda gąsienica posiada odrębne. Dla mnie ważne jest to, że kierowca nie potrzebuje dzięki specjalnemu urządzeniu włączać biegów przy obrotach czołgiem w miejscu. Zaczynam sobie wyobrażać swoje czynności w walce, a entuzjazm zaczyna na dobre rywalizować z tremą. Właściwie nikt mnie nie poucza, nie daje rad i wskazówek, lecz traktują nas z Bajanem jak przeszkolonych żołnierzy. Nie bardzo wiem, skąd ten kredyt zaufania. Do słów Niemca odnosimy się krytycznie, bojąc się, czy nas nie oszukał. Na drogę szkop dostaje jeszcze zapewnienie, że jeśli po jego radach coś się w czołgu uszkodzi, to go rozstrzelamy.

Kabina w wieży czołgu urządzona jest porządnie. Za nami znajduje się silnik i dwa zbiorniki benzyny, razem na osiemset litrów. Kierowcy i radiostrzelca nie widać od nas, siedzą oni na przedzie czołgu przed nami. Każdy skrawek wolnej przestrzeni wykorzystany został łapczywie na amunicję artyleryjską, której boczne magazyny zawierają osiemdziesiąt sztuk. Poza tym jest jej wszędzie pełno. Nawet w pomieszczeniach kierowcy i radiostrzelca. Ładunki są duże i bardzo niewygodnie jest nimi operować w ciasnocie. Stojaki okrywa się ceratą takiego koloru. na jaki pomalowany jest cały czołg. Lampki, których jest trzy w kabinie, zapalają się samoczynnie po odsunięciu z nich osłon blaszanych, ale w zasadzie nie ma potrzeby ich zapalania, gdyż cała kabina po zamknięciu klap fosforyzuje na seledynowy kolor i jest zupełnie widno. Czarny pozostaje tylko otwór komory nabojowej działa.

Wykonujemy pierwsze próby. I zaraz pierwsze trudności. Nie można uruchomić silnika. Wszystkie uporczywe próby nie przynoszą powodzenia. Niemiec twierdzi, że nawalona jest pompa benzynowa. A do jej reperacji trzeba wyjąć silnik, co jest wykluczone w naszych warunkach. W rezultacie z obawy, aby nic wyczerpać akumulatora, dalsze próby odkładamy na potem, przy czym Wacek ma sprowadzić mechanika samochodowego: Wieża czołgu obraca się o trzysta sześćdziesiąt stopni, ale urządzenie elektryczne do jej obracania nie może być czynne bez uruchomionego silnika. Wyklucza to możliwość użycia czołgu w razie pojawienia się broni pancernej nieprzyjaciela na Okopowej, co w każdej chwili może nastąpić.

Normalnie celowniczy dysponuje trzema pedałami: jednym uruchamia karabin maszynowy, lewym pedałem powoduje obrót wieży w lewo, a prawym w prawo, przy czym uprzednio należy włączyć lewarkiem z prawej strony siedzenia silnik elektryczny i ustawić znajdującą się przy nim manetkę na "Schnell" lub "Langsam". Ręcznie naprowadza się lufę na cel już tylko pod względem dokładności. W tej sytuacji nie mamy złudzeń co do wyniku pojedynku z czołgami Niemców.

Szykujemy się do strzelań w stronę Gęsiówki. Strażacy od Pfeifera rozbierają mur, który nie pozwalał na obrócenie długiej lufy czołgu. Ale do strzelania nie dochodzi.

Okropnie pragniemy ruszyć z miejsca, tym bardziej że pracując i ćwicząc się doszliśmy z Bajanem do niezłej wprawy. Tymczasem szkolimy drugą załogę dla następnego czołgu i ubezpieczamy od strony Powązek. Na Okopowej stale jest ruch. Pojazdy powstańcze przejeżdżają w obu kierunkach, toteż nie budzi niczyjego zdziwienia samotny samochód ciężarowy jadący od strony Powązek w kierunku placu Kercelego, czyli w głąb pozycji powstańczych. Samochód minął nasz czołg. Spoglądam spokojnie na siedzących żołnierzy. Widać tylko pierwszy rząd, gdyż resztę osłania plandeka. Przyglądamy się sobie ciekawie i od razu robię w myśli uwagę: "Mogliby założyć opaski! Jeszcze ich kto ostrzela!"

Po chwili widzę samotnego żołnierza, który biegnie za samochodem dając niezrozumiane przeze mnie znaki. Nagle rzuca się pod mur, zza którego wypada ten sam samochód ciężarowy. Pędzi szaleńczo! To jednak Niemcy! Skurczeni w szoferce, skurczeni do granic możliwości, widać tylko ręce trzymające kierownicę. Walę trzykrotnie z nagana z paru metrów, niemal prosto w ich łby. Lufa skacze ostro do góry. Już nas minęli. Bajan rzuca się do celownika, ale strzał nie pada. Po chwili orientuje się, że już teraz za późno. Uciekli. Nie udało się, choć okazja była wyjątkowa.

Mechanika jeszcze nie ma, natomiast jest wizyta wyższych oficerów, którym objaśniamy wszystkie szczegóły obsługi. Jakiś major nie może dać sobie rady z otwarciem zamka, co jest przyczyną zabawnych incydentów. Po wypowiedzeniu niezasłużonych komplementów pod naszym adresem odchodzą stwierdziwszy, że widać w nas załogę obeznaną z czołgami i posiadającą wiedzę fachową. Pod adresem moim i Bajana dodają, że znać po nas starych pancerniaków. Czuję, że robię się czerwony, co mi się rzadko zdarza, usiłuję coś powiedzieć i jest mi strasznie głupio. Po ich odejściu oddycham z ulgą.

W końcu jest mechanik. Nazywa się Łuniewski. Gruby, ma wygląd typowego fachowca i warszawiaka. Otwieramy klapę do silnika.

Zdejmuje wielkie filtry powietrza, trochę dłubaniny i polecenie do kierowcy:

- Zapuszczaj pan!

Jęczy rozrusznik. Silnik jest olbrzymi, cylindry ustawione w literę "V" w liczbie dwunastu. Wielki meibach obraca się ciężko, słyszę, jak dudnią rozsprzęglone wały kół napędzających. Zaskoczył od razu, niespodzianie. Pełny ryk silnika. Czuję, że wszyscy jesteśmy wzruszeni, choć przecie nikt tego nie okazuje. Udało się, będziemy mieli czołg! Dziękujemy Łuniewskiemu, który uśmiecha się z zadowoleniem. Akurat jestem w kabinie kierowcy, kiedy R
 
 
TomB 
dywersant


Dołączył: 19 Lis 2004
Posty: 35
Skąd: Kraków
Wysłany: Sro 05 Sty, 2005 21:05   

CZART— Kompania „Rudy”, pluton „Sad”

ZABŁĄKANA KOLUMNA

4 s i e r p n i a
5.30 - Natarcie 4 samochodów ze
strony ul. Obozowej /Naftusia/.
Atak odparty, zdobyto
2 KM. Straty 2-ch rannych.
(Dziennik bojowy zgrupowania „Radosław”)

Sierpniowe, usiane gwiazdami niebo zaczyna powoli blednąć. Leżę wygodnie na rozpostartej celcie obok Pika i patrzę w kierunku niewidocznej jeszcze w mroku „Naftusi”. Gdzieś stamtąd wlewa się w ciszę uśpionej nocy słaby pomruk silników. Na cmentarzu gra świerszcz, poza tym jest milczenie. Za nami, może nad Wolską, rozpościera się leniwie czerwień łuny. Patrzę w rudziejący przede mną mrok, poprzez czarną jeszcze plamę kartofliska, i gubię się w myślach. Przed oczyma przesuwa się film z dawna wyimaginowanych pragnień, wytęsknionych obrazów — rzeczywistość staje się jednym z nich. Gwałtowne ujadanie cekaemu wpada nagle w zadumaną ciszę, i znów jest spokój. I tylko zgłuszony pomruk aut idący po rosie przedpola, tam spod „Naftusi”, zdaje się być bardziej wyraźny, uchwytny.
— Wiesz, Pik, to wygląda jednak na ewakuację — mówię patrząc na wynurzający się z nocy kontur cmentarza.
Osłonięta daszkiem wnęka, w której leżymy, jest stałym stanowiskiem czujki, a chłopcy nazywają ją „Fałatką”. Ukryta głęboko w kartoflisku, przylega do malej, drewnianej komórki i nawet za dnia jest prawie niewidoczna. Przez spory, ciemny w tej chwili otwór w ścianie widać zagrzebanych w rozsypane po podłodze trociny uśpionych chłopców z placówki. Zegar z niedalekiej kaplicy wydzwania powoli jakąś błędną godzinę, jakby się właśnie ocknął. Od kirkutu słychać już nieśmiały, zmieszany świergot ptaków. Zmęczony wypatrywaniem wzrok zaczyna powoli rozróżniać znane już kształty budynków cmentarza. Na wschodzie szarzy się przedświt. Stukot silników zdaje się wzmagać, potężnieć. Wsłuchuję się w daleki, niepokojący pomruk i spoglądam na Pika.
— Żeby tak wjechali w Ostroroga, tobyśmy mieli nielichą robotę, co, Pikuś?
— Wjadą ci, zobaczysz ich — rzuca niewyraźnie, bez przekonania Pik i układa się wygodniej w trocinach swojego legowiska.
Pierwsze promienie ślizgają się po lufach opartych o przedpiersie karabinów, dzień idzie jak poprzedni — upalny, pogodny. W domu na Sołtyka otwierają się powoli okna, trzaskają drzwi, ludzie krzątają się już wokół swoich zwykłych, codziennych zajęć. Przeciągam się szeroko, leniwie, z przyjemnością i spoglądam na zegarek. Służba na czujce jest skończona. Chłopcy w komórce czyszczą broń, a Nowina opowiada im coś wesołego, bo wszyscy zanoszą się od śmiechu. Zapalam papierosa i zaciągam się głębokim, odurzającym haustem dymu. Zaraz powinno być śniadanie. Nisko nad ziemią leży jeszcze poranny, rześki chłód. Szara wieżyczka „Naftusi” sterczy tam dalej jak samotny drogowskaz, a warkot samochodów wydaje mi się teraz dziwnie bliski. Spoglądam uważnie na kontur powązkowskiego muru, gdzie gubi się ulica Ostroroga, i niemieję. Zza cmentarza wylewa się powoli, prowadzona przez osobowego peżota, żółta kolumna aut.
— Cholera, to niemożliwe, patrzcie! Samochody!
— Jeden... dwa... trzy... cztery... to chyba nasi, za wolno jadą. A może?...
Alarm. Zajmujemy w pośpiechu stanowiska. Ktoś biegnie do Jerzyka.
Nareszcie, nareszcie... może jednak to nie oni? Ale nie, kolumna wypełza z miarowym, powolnym stukotem, jest za długa. Ręce obejmujące broń nieznacznie drżą. Z tyłu gdzieś ktoś krzyczy;
— Szkopy! Szkopy!
Oddechy są nierówne, tłumione. Niemcy są już prawie na wysokości placówki.
— Uwaga, nie strzelać, muszą być na wprost! — rozłazi się szeptem.
Po twarzy Piryta błąka się zagadkowy uśmiech. Dyszymy oczekiwaniem. Ktoś odwodzi z trzaskiem stena, ktoś zmienia jeszcze pozycje.
Strzelam jeszcze, ale już wolniej, ostrożnie. Kaem też zaczyna krótkimi i z rzadka, uważnie. Pojedyncze kule znów przelatują z przewlekłym świstem. Nagle czuję gwałtowne targniecie i karabin wypada mi z ręki. Spostrzegam brak muszki i spłaszczenie lufy. Cholera, czyżby zanieczyszczenie? Nie mogę się zorientować w przyczynie. Klnąc z wściekłości, wycofuję się do tyłu i przeszukuję pośpiesznie „Fałatkę” w nadziei znalezienia jakiejś broni. Na próżno. Spotkany przed komórką cywil ogląda kabe i proponuje mi odniesienie go do rusznikarza.
— Inaczej pan nic nie zrobi, może rozwalić naprawdę, trzeba koniecznie obciąć lufę.
— Cholera! Przecież ja potrzebuję teraz, koniecznie teraz — rzucam ze złością i decyduję się mimo wszystko strzelać.
Po podwórzu biegają jacyś ludzie, natarcie zdaje się dogasać, tylko tam na prawo przy Ostroroga słychać jeszcze odgłosy pojedynczych wystrzałów.
Ruszam biegiem w kierunku samotnie sterczącego w ziemniakach domku, tam są na pewno nasi. Po drodze zatrzymuje mnie jakaś sanitariuszka i o coś pyta, odpowiadam jej w przelocie i biegnę dalej. „Musiałem już stracić około minuty” — myślę dopadając białej ściany domku przy Ostroroga, obok którego w ulicy między szynami kolejki leży Baobab. Z tyłu za nim, przegięty lekko, strzela z peemu Cis.
Gdzieś od cmentarza wyrywają się ku niemu pojedyncze strzały i grzęzną blisko w piachu torowiska. Baobab repetuje spokojnie, bez pośpiechu, jakby nie widział uderzających w ziemię kul. Cis zmienia magazynek. Przeskakuję szyny i kładę się obok Baobaba, a za chwilę tuż za mną odzywa się grzmot wystrzału... Ktoś z tyłu strzela... W głowie mam jeden gwizd, nie słyszę nawet wołającego kolegi.
— Czart, czyś ty oszalał?... Nie strzelaj, rozwali ci lufę!
Zrezygnowany, zły jak szatan, opuszczam stanowisko i wracam po broń. Mokry ze zmęczenia, w rozchełstanym mundurze dobiegam do kwatery. Tymczasem rozproszone po skrzydłach strzały natarcia szybko milkną, a podwórze przed domem zapełnia się ściągającymi ze stanowisk chłopcami. Roześmiane, spocone twarze zwracają się w kierunku hamującego gwałtownie przed bramą, wyładowanego po brzegi samochodu.
Na ziemi pod ścianą odwrócony twarzą do góry leży trup wehrmachtowca. Wesoły gwar się wzmaga. Nowina prowadzi Niemców tłumacząc im coś zabawną niemczyzną. Zanosimy się od śmiechu. Otwierający kolumnę blady, z pokrwawioną twarzą lejtnant jest prawie spokojny. Jeńców jest jedenastu, idą bladzi środkiem ulicy, rozglądając się niepewnie, lękliwie zawisają spojrzeniami na wesołych twarzach przyglądających im się chłopców i dziewcząt. Wlokący się na końcu szeregu, tuż za noszami z rannym Niemcem, grubas płacze jak dziecko.
1946




ANNA — Grupa sanitarna Joanny

POMOC

Cywilna ludność Woli dzieli walkę żołnierzy
(Biuletyn Informacyjny nr 44 [260] z dnia 7sierpnia)

Drugiego zaraz dnia zwiedzieli się ludzie, że jest szpital. Przychodziły kobiety w chustkach, w fartuchu — prosto od garnków. W najbliższej okolicy mieszka sama biedota. Wyciągają się ręce.
— Przyniosłam tu trochę ryżu, bo to zdrowe, proszę pani, i na żołądek też dobre.
Wysupływały się małe torebki z odrobiną kaszy czy mąki. Od-wijały, zapakowany naprędce w gazetę, bochenek chleba, kilka marchwi, koszyk kartofli. Czasem trochę cukru.
I zawsze to niespokojne tłumaczenie:
— To bardzo mało, proszę pani, ale tylko tyle... Ale gdyby było potrzeba, to zbiorę u sąsiadek... tylko proszę powiedzieć... dużo trzeba?
A czasem niespokojne spojrzenie prosto w oczy.
— Żeby tylko dla rannych.
I uśmiech, kiedy się odpowiadało:
— Ależ na pewno, proszę pani, tylko dla rannych.
— Bo to widzi pani, ja tak tylko na wszelki wypadek chciałam się upewnić...
A potem...
— A może pościeli trzeba, boja przyniosłam pierzynę, to prawdziwa puchowa, proszę pani. Jest zupełnie czysta.
I smutne:
— Do widzenia — na naszą odmowę i tłumaczenie.
— Widzi pani, teraz jest gorąco i pierzynę trudno wyprać, może się pokrwawić, na razie mamy dosyć kocy.
Przychodziło ich dużo. Matki z ulicy Wolność, Okopowej i Nowolipek — zatroskane, nieśmiałe, ale pełne gorliwości i chęci do pomocy. Wierzyć się nie chce, że z tych małych, ubogich darów i serdecznych ofiar gotowane były przez nas zupy, które pochłaniali wygłodzeni, przybiegający z linii chłopcy.
To było jedno — i chłopcy z linii, i nasi ranni, i my, i ulica Wolność, małe drewniane domki, wąskie izby przy stromych schodach.
Później potrzebowałyśmy pomocy.
Któregoś dnia zbombardowali Niemcy drewniak po drugiej stronie ulicy. Było tylu rannych! Brakło łóżek. Wtedy poszłyśmy prosić po domach. Ofiarowano nam jakąś kanapę, łóżko polowe. Nie zapomnę nigdy ciemnej i biednej izby na poddaszu. Ktoś nas tam zaprowadził. Ktoś wszedł pierwszy i zaczął opowiadać, że to siostry ze szpitala, że tylu rannych, że brak łóżek.
W izbie siedział starszy mężczyzna, robotnik. Przy żelaznym piecyku stała mizerna bardzo kobieta, kręciły się małe dzieci. A pod ścianą jedyne w tym domu łóżko — szerokie, drewniane. Stałyśmy w kącie. Najchętniej byśmy wyszły, żeby już nie było mowy o łóżkach.
Ale mężczyzna popatrzył na nas — prześlizgiwał się wzrokiem po mundurach, torbach, opaskach.
— Ano, zrobi się — i zaraz zawołał na żonę: — Zabieraj te bety, ranni łóżek nie mają.
Bez chwili wahania ściągnęła pościel.
Na próżno tłumaczyłyśmy, że gdzie indziej znajdziemy, że łóżko szerokie i może się nie zmieścić, że nie chcemy zabierać jedynego posłania... Nie słuchali. Pomagał żonie, odpowiadając nam w przerwach.
Gładził łóżko ręką.
— Będzie wygodne. Nie rozkłada się, ale to dobre łóżko. Nie dał nam go wziąć samym.
— Ja z sąsiadem przyniosę. Proszę tylko powiedzieć gdzie.
Ledwie zdążyłyśmy wrócić — zjawili się na podwórzu z łóżkiem. Było nam dziwnie miękko na sercu tego dnia.

1945




WIKTOR (KADŁUBEK) — Pluton pancerny

NA POSTOJACH

Pytamy jednego z dowódców
o dotychczasowy przebieg walk.
- Zdobyliśmy około 20 samochodów
i wszystkie są dziś na chodzie....
Przy odparciu ataku "Tygrysów" dwa
„wzięliśmy żywcem”. Już są uruchomione...
W obsłudze dokształcili nas jeńcy niemieccy.

(Biuletyn Informacyjny nr 42 — 249 z dnia 5 sierpnia)

Jest pogodny ranek. Nastrój naprawdę doskonały. W dniu wczorajszym byłem pierwszy raz na kwaterze, gdyż dotychczas nocowaliśmy dla wygody w pobliżu czołgów w przygodnie dobranych lokalach. Okazuje się, że pokoje przydzielono nam naprawdę wspaniałe, szkoda tylko, niestety, że nie mamy czasu, aby mieszkać w tych przyjemnych apartamentach. Pokoiki czyściutkie, kwiatki w oknach, posłania i dla każdego ułożony przez nasze zapobiegliwe łączniczki nowy mundur niemiecki formacji grenadierów pancernych. Muszę przyznać, że spokój i porządek panujący w Szkole Św. Kingi wpoiły we mnie dziwne przekonanie o nienaruszalności obecnego stanu posiadania.
Trzy dni w czołgu spowodowały, że mój mundur, bardzo starannie przygotowany przed wyjściem do akcji, zaczął niepokojąco szybko brudzić się smarami i już obecnie wygląda jak bluza ślusarska. Wczoraj na mundur nałożyłem panterkę i przez cały dzień męczyłem się upałem panującym w czołgu. Wszystko to w celu zaoszczędzenia frencza. Zaczynam poważnie zastanawiać się, czy nie zanieść go do szkoły na kwaterę, a do czołgu brać mundur niemiecki.
Rozmyślania na ten temat przerywają łączniczki, które właśnie przyniosły nam śniadanie. Znów kasza. Nawet nie bardzo mamy gdzie usiąść do tego śniadania. Stawiam w końcu talerz na gąsienicy. Jak w barze, brak tylko wysokich stołków.
Ryk, nasz kierowca, mierzy nowe spodnie, które nam wczoraj wyfasowano. Najmniejszy rozmiar jest, niestety, jeszcze na niego za duży. Z zupełnym spokojem prosi o nożyczki i odcina nogawki o co najmniej jedną trzecią długości.
Ryka uważam za kierowcę wprost doskonałego. W kampanii wrześniowej brał udział jako dowódca plutonu czołgów, w czasie okupacji był kierowcą samochodowym w straży pożarnej, a obecnie prowadzi naszą „Magdę”, tak bowiem nazywamy żartobliwie nasz czołg.
Pobóg prostując błotniki, małe i „szczątkowe”, nie jest zadowolony.
— Właściwie mogłoby ich wcale nie być — mruczy. A potem robi uwagi pod adresem Ryka: — Jak on chodzi po przeszkodach — denerwuje się — fason chce pokazać, a potem tyle roboty.
Blacha jest oporna i naprawdę niełatwo jest doprowadzić czołg do porządnego wyglądu.
Staramy się jak najszybciej osiągnąć gotowość bojową. Tankujemy benzynę, posługując się w tym celu ręczną pompą służącą normalnie do pompowania nafty w mydlarni. Trwa to bardzo długo. Następnie kolej na amunicję. W altance przy ulicy Mireckiego mamy swój magazyn. Około stu pięćdziesięciu skrzynek zdobycznej amunicji do panter pozwala nam właściwie na swobodne jej używanie. Magazyny czołgowe uzupełniamy do pełnego zapasu, to jest do osiemdziesięciu sztuk pocisków armatnich. Czterdzieści pocisków przeciwpancernych, pomalowanych na czarno, i czterdzieści rozpryskowych, z lśniącymi aluminiowymi zapalnikami. Część ich ustawiamy w specjalnych stojakach i osłaniamy ceratą tak, że widać tylko błyszczące czuby pocisków.
Wewnątrz i na zewnątrz utrzymujemy idealny porządek. Czuję zupełnie wyraźnie, że nie tylko ja, ale wszyscy, cała załoga, przywiązani jesteśmy do swego czołgu i lubimy go. Jesteśmy ze sobą krótko, ale znamy się już dobrze i wiemy, że możemy na sobie polegać. Stanowimy jedną załogę.
Nasze czołgi ciągle jeszcze wzbudzają zainteresowanie żołnierzy, którzy przystają, aby popatrzeć na maszyny.
— Tygrys! To jest tygrys, prawda?
— Nie, nie tygrys — pantera! — odpowiadamy spokojnie.
Wyjaśniamy, na czym polegają zalety tego czołgu, podajemy znane nam dane techniczne. Niemcy twierdzą, że jest to najszybszy czołg na świecie. Nasz zachwyt dla niego wzrasta też z dnia na dzień.
Nasza ,,Magda” jest czołgiem bardzo zgrabnym. Szeroko rozparta na dwóch gąsienicach bardzo szerokich, przystosowanych do miękkiego terenu, o przyjemnej sylwetce, o opływowych kształtach czaruje wszystkich swoim wyglądem. Lufa czołgu jest bardzo długa, z charakterystycznym zakończeniem w postaci hamulca odrzutu. Ta właśnie lufa decyduje o wyglądzie czołgu.
Biorąc przykład z kolegów przemundurowuję się, ubierając się w kusą kurtkę szkopskich grenadierów pancernych. Frencz, już trochę podniszczony w czołgu, zanoszę na kwaterę. Trochę żal mi jest rozstawać się z pamiątkowymi odznakami: odznaką grup szturmowych (stylizowane litery GS i CR200), odznaką Agrikoli SS (dębowy listek i srebrna litera „a" oraz postać w haubie i okularach, utworzona z pierwszych liter Przysposobienia Motorowego Agrikoli). Uważam jednak, że nie warto przywiązywać do tego wielkiej wagi, i cały mój skromny dobytek zostaje w czyściutkim pokoiku kwatery.
W dużym gmachu szkoły na ulicy Okopowej pełno wojska. Ruch i gwar. Porządnie się namęczyłem, zanim pierwszy raz trafiłem do pokoju z napisem „Pluton Pancerny”.
Przed wieczorem wracam do bazy.
Na miejscu postoju czołgu zastaję grupkę nieznajomych osób. Ubrani po cywilnemu i dosyć elegancko, stanowią dawno nie widziany obiekt. Okazuje się, że mamy wizytę prasy. Nawet się nie dziwimy. Każda krótka chwila postoju czołgu zakłócana jest wszelakimi wizytami wyższych oficerów i zwiedzaniami. Początkowo lubiliśmy chwalić się posiadaniem broni pancernej, ale w końcu nam to spowszedniało.
Porucznik Wacek, który o prasie twierdzi, że niezależnie od tego, co się im powie, to i tak co innego napiszą, krzywi się na widok korespondentów. Jest wyraźnie nieuprzejmy. Nie lubi prasy... Z ulgą stwierdzam, że ci jednak nie obrażają się. Trzaskają aparaty fotograficzne. Sztywny nastrój pryska. Zaczynamy dowcipkować, śmiejemy się z ich ignorancji w sprawach wojskowych, ale niezłośliwie. Są pełni entuzjazmu i wyraźnie rozradowani z okazji zwiedzenia czołgu. Miedzy dziennikarzami jest również kobieta, zupełnie przyjemna.
Zabawne perypetie zaczynają się przy wchodzeniu do kabiny. Wejść do środka można tylko albo włazem u góry wieży, ale wtedy trafia się na miejsce dowódcy czołgu, z którego można zejść tylko niżej na siedzenie celowniczego, albo włazem z tyłu wieży na prawą stronę działa, gdzie jest nieco luźniej. I jednym, i drugim włazem trzeba bezwzględnie wchodzić nogami naprzód. Każdy inny sposób prowadzi najwyżej do nabicia sobie solidnego guza. Jednak wchodzenie nogami naprzód do nie znanej sobie kabiny dosyć wysokiej, gdy nie wiadomo, o co oprzeć nogi, jest szokujące i powoduje zupełną nieporadność u osób nie obeznanych. Właśnie obserwuję, jak się męczy korespondentka, ale ponieważ jest to kobieta, więc się nie znęcam, lecz tłumaczę grzecznie, jak trzeba wchodzić.
— To nic trudnego, tylko trzeba wiedzieć jak — mówię.
W efekcie wchodzę do kabiny i pomagam naszym gościom, między innymi i przedstawicielce w spódnicy, co jest zresztą przyczyną żenującej sytuacji. Na szczęście sprawa zostaje moją tajemnicą, gdyż w kabinie byłem tylko ja.
— To jest działo? — pyta jeden z dziennikarzy.
— Działo — odpowiadam.
— A głośno strzela?
Pytania są mniej więcej w tym stylu.
Na prośbę fotografującego otwieram zamek — robią zdjęcia nawet przez lufę. Wygląda to ładnie, ale mam wątpliwości, czy wyjdzie zdjęcie. „Tyle jest ciekawych rzeczy do fotografowania, a oni tu napsuli tyle zdjęć” — myślę z żalem.
— Powiedzcie nam jednak, gdzie my te zdjęcia odbierzemy? — zwracamy się do dziennikarzy.
— Jeżeli redakcja nie będzie siedziała w schronie, to znajdziecie je w jutrzejszych gazetach — odpowiadają z filuternym uśmiechem.
Widać, że na Woli są niedługo, gdyż z wyraźnym zdziwieniem oglądają się za jednolicie umundurowanymi i w pełni uzbrojonymi oddziałami. Nastrój jest zdecydowanie frontowy, ale znać zdyscyplinowanie i porządek.
— Tutaj to jest wojsko — stwierdza z entuzjazmem jeden z reporterów.
Doprawdy, bawi mnie ich entuzjazm. Widocznie nie bardzo sobie zdają sprawę z poważnej sytuacji obrony na Woli.
Opowiadaniem zabawnych zdarzeń w czasie działań czołgowych bawimy jeszcze chwilę naszych gości.
Po każdej dykteryjce wykrzykują wszyscy razem jak na komendę:
— To moje!
Jeszcze nigdy w życiu nie byłem ośrodkiem takiego zainteresowania, wiec pomimo żartobliwego traktowania całej sprawy czuję się wyraźnie głupio.
Czeka nas jednak praca. Rozstajemy się w dobrych humorach.
Na cmentarzu ewangelickim znajduje się jeszcze sporo amunicji artyleryjskiej do panter, pochodzącej ze zdobytego transportu. Skrzynki leżą porozrzucane między grobami, trzeba je pozbierać i zwieźć na miejsce postoju czołgów. Jeżdżę osobowym oplem, którym kieruje jednoręki oficer [prawdopodobnie Gryf]. Podziwiam, z jak wielką wprawą operuje kierownicą i drążkiem biegów, mając do dyspozycji jedną rękę. Pomaga mi nawet nosić skrzynki. Mała altanka na Okopowej przy Mireckiego jest po chwili wypełniona skrzynkami, które trzeba teraz jeszcze uporządkować. Jedna skrzynka zawiera dwa ładunki artyleryjskie, przy czym zasadniczo odróżnia się w sposób łatwy przeciwpancerne od rozpryskowych. Pierwsze są z malowanymi na czarny kolor pociskami, a pociski drugich mają aluminiowe zapalniki z różnokolorowymi obwódkami, w zależności od przeznaczenia. Takie same znakowania znajdują się jeszcze na etykietach skrzynek, z mnóstwem cyfr i znaków, których znaczenia nie mogę pojąć. Ostatecznie dochodzę do wniosku, że każdy pocisk jest dobry, byle trafił do celu.
Z początku ładunki systematycznie segregowałem, lecz obecnie z braku czasu coraz mniej mi to odpowiada, tym bardziej że jestem notorycznie niewyspany i każdą wolną chwilę wykorzystuję na drzemki. Jest to normalna konsekwencja tego, że oprócz pełnienia funkcji załogi jesteśmy jeszcze mechanikami, rusznikarzami, elektrykami i tak dalej, i tak dalej, gdyż zbyt mało mamy osób obeznanych z czołgami.
Nie wolno pomylić tylko ładunku przeciwpancernego z rozpryskowym, a to z tego powodu, że pepanc, jako cięższe, wymagają przy strzelaniu innego celownika, odpowiedniego ustawienia lunetki celowniczej.
„Czy różnica efektu rozerwania się pocisku rozpryskowo-zapalającego i rozpryskowego jest znów taka wielka?" — Z tymi myślami, skuszony spokojem, ciszą i chłodem idącym od otaczającej altankę zieleni, zaczynam drzemać siedząc na skrzynkach z amunicją. Myślę jeszcze o tym, że właściwie trzeba dodać trochę ładunków do magazynów czołgowych.
Przy panterach zrobił się ruch.
Spoglądam zaciekawiony. Pewnie odjeżdżamy. Ale nie. Kilka osób po cywilnemu i w kapeluszach stanowi rzadko tu na Woli spotykany widok.
Ale przy czołgach jest Wacek.
— Przepraszam, a pan tu co? — zwraca się do jednego z cywilów.
— Chciałem obejrzeć panterę — odpowiada spokojnie zapytany.
— Pan z prasy? — Wacek zadaje pytanie w tonie retorycznym, wyczuwa się, że jest pewien tego, o co pyta.
— Nie, ja z wojska — brzmi odpowiedź.
Sytuację ratuje pułkownik Radosław, który melduje się „cywilowi”:
— Panie generale...
A więc to generał Bór...
Mamy krótką chwilę wypoczynku. Wykorzystujemy to na dokładne oględziny czołgu. Ryk sprawdza gąsienice, patrzy, czy są odpowiednio naciągnięte. Każde niedopatrzenie grozi w walce poważnymi konsekwencjami.
Wacek poszedł na odprawę do dowództwa zgrupowania, odjazd najwcześniej za godzinę.
Czołg jest dosłownie pooblepiany różnego rodzaju wyposażeniem, boki są gęsto obłożone zapasowymi członami gąsienic, nawet na przodzie i z tyłu na hakach przymocowana jest stalowa lina do ewentualnego wyciągania lub holowania pojazdów. Wyciory do czyszczenia lufy i szczotki też schowane są w specjalnych cylindrach blaszanych umieszczonych na wolnych miejscach pancerza. Nic dziwnego, że tyle czasu zajmuje nam utrzymanie porządku i sprawdzenie stanu czołgu.
Stwierdzam, że należy zdecydowanie wyrzucić zeschły bukiet kwiatów, przyczepiony do czołgu parę dni temu przez rozentuzjazmowanych i wzruszonych cywilów, gdyż już na pewno przestał być ozdobą. Niestety, przy okazji spostrzegam, że zawieszony na uchwycie do strzelań pelot ryngraf z Matką Boską Częstochowską został odstrzelony lub urwany na przeszkodzie i są tylko łańcuszki. Z żalem je zdejmuję. Na czołgu pozostają niezmiennie biało-czerwone szachownice i harcerskie lilijki, świadczące o tym, że będąc żołnierzami, jesteśmy też harcerzami.
Składa mi wizytę w czołgu Sęp.
Pluton ,,Felek" zdobył krótkie karabiny mosina i Sęp namawia mnie, abym wydostał taki jeden od Cielaka, będzie świetnie nadawał się do wożenia w czołgu. Niestety, Cielak jest skąpy jak przysłowiowy Szkot i z krótkiego mosina nic nie wychodzi. Nie pomagają nawet powoływania się na najświętsze wspomnienia. Traktuję sprawę żartobliwie, ale jestem jednak na niego trochę rozgoryczony.
Wracam przez barykadę przy Mireckiego, która kosztuje nas dużo „złej krwi”. Poruszanie się czołgów po ulicach jest bardzo utrudnione. Na szczęście, tu u nas na Woli jest tyle pojazdów, że z konieczności na ulicach utrzymywana jest minimalna ilość barykad. Niemniej jednak na ulicy Okopowej jest bardzo solidna zapora z zostawionym wąskim przejazdem dobrym dla samochodów, lecz nie dla naszych szerokich czołgów. Kierowcy męczą się przy mijaniu barykady mając do wyboru: wplątać się w druty na barykadzie albo zniszczyć transformator. Teraz stwierdzam naocznie, że do dziś wypróbowaliśmy obie ewentualności, oczywiście nienaumyślnie.
Na bazie, jak zwykle, dużo ciekawych odwiedzających, pozujących do zdjęć.
Śpiewamy:
Gdy czołgi jadą...

Melodia jest ładna i łatwa do zapamiętania, wiec śpiewamy bardzo chętnie. Przodują w tym Downar i Dąbrowa. Nawet nie wiem, który z nich przyniósł tę melodię do plutonu. Słowa przypadły nam bardzo do gustu, jeszcze trzy dni temu dobrze do nas pasowały.

Warczą silniki, tłumów okrzyki
Nieopisany czynią gwar.
Wzrok ludzki goni za naszą bronią,
Taki ma ona dziwny czar.

A gdy ustanie silników granie.
Zostanie pustka, smutek, żal,
Że przeszli oni z pancernej broni.
Zabrali serca, poszli w dał.

1946




ZYGMUNT — Pluton pancerny

SZTURM NA SZPITAL ŚW. ZOFII

Natarcie na silny ośrodek oporu
zorganizowany w kompleksie budyniów....
przy ul. Żelaznej - Leszno....
rozwija się....przy wsparciu
zdobytego czołgu "Pantery".

(Biuletyn Informacyjny nr 43 — 250 z dnia 6 sierpnia)

Wacek wrócił z odprawy w dowództwie. Zadaniem miało być zlikwidowanie niemieckiej twierdzy — szkoły żandarmerii na ulicy Żelaznej tuż przy Lesznie. Szpital Św. Zofii, znajdujący się obok szkoły żandarmerii, był również umocniony i jego punkt oporu nr 105 miał być zlikwidowany.
Dowódcą natarcia wyznaczono majora Bolka.
O godzinie 11 Wacek prosił mnie, abym pomógł mu ustawić panterę na cele wyznaczone przez dowództwo. Poszliśmy. Obok jedzie pantera, czołg zdobyczny — czterdzieści ton żelaza, przed którymi nie ma obrony i nie ma, przynajmniej w naszych oczach, żadnych niemożliwości.
W rzeczywistości motor pracował wadliwie, gdyż jeden z pływaków w karburatorze był dziurawy, a cuda, jakie wyczyniał majster Łuniewski, wymagały częstej jego obecności.
Czołg ruszył — miał wyborową załogę.
Należy wyjaśnić, że Wacek, jako długoletni kierownik wyszkolenia motoryzacyjnego wszystkich oddziałów harcerskich, nie mógł się powstrzymać przed szkoleniem chłopców, gdy się czołg naprawiało lub czyściło.
Było wiec kilka załóg obsługi na zmianę, a ta, która wówczas i w wielu innych przygodach brała udział — była znakomita.

Oficerem dowódcą był porucznik Rawicz
kierowcą — podchorąży Ryk
celowniczym — podchorąży Bajan
zamkowym — podchorąży Wiktor
strzelcem — kapral Wałek

Wjechaliśmy na podwórzec jakiejś fabryki, tuż przy Monopolu Tytoniowym. Nasz kolega, podporucznik Gałązka, pełniący funkcję pierwszego oficera w batalionie „Miotła” kapitana Niebory, wskazał nam na swym szkicu bojowym gniazda karabinów maszynowych i miejsca, z których niemieccy strzelcy tak prażyli, że nie można było wychylić głowy.
Byliśmy w polu ostrzału. Piękna pogoda i stałe przelatywanie niemieckich samolotów zmuszało nas do ostrożności. Panterę ustawiliśmy na wolnej przestrzeni tak, aby mogła obsłużyć sześć celów. Z kolei wysunęliśmy się we trzech, to jest: podporucznik Gałązka, Wacek i ja, na przedpole, aby sprawdzić z punktu artyleryjskiego teren zamierzonego natarcia kompanii kapitana Niebory, do którego — jako wsparcie artyleryjskie — zostaliśmy przydzieleni.
Wysunęliśmy się na gruzy getta; tu i ówdzie zaświstało, poszedł kurz czerwony, wyznaczający odchylenie drogi kilku gramów metalu od głowy.
Wszystko omówiliśmy. Czołg, po oddaniu sześciu—dziesięciu strzałów na cele w budynkach oznaczonych na planie nr 103 i nr 104, miał zawrócić do Monopolu Tytoniowego i zajechać na gruzy getta.
Z nowego stanowiska trzeba było tak strzelać, aby unieszkodliwić wszystkie karabiny maszynowe, i tym samym umożliwić podejście naszej piechocie z jak najmniejszymi stratami.
Godzina 12.30. W chwili gdy chciałem wrócić do kwatery, by przygotować akumulator na zmianę do czołgu, porucznik Wacek został wezwany na odprawę. Na jego prośbę miałem pozostać przy czołgu do jego powrotu. Przed wyjściem zaklinał mnie na wszystko, żeby bez niego nie oddać ani jednego strzału.
Wyciągnęliśmy się na trawie, osłonięci ceglanym murem, i czekamy. Pancerniacy śpiewają piosenkę po piosence.
— Robota, aż wstyd — mówi Rawicz — czołg jak się patrzy, a będzie służył tylko za armatę. Jak się ma jednego konia, to i w zaprzęgu chodzi, i pod siodłem.
O godzinie 13.30 przyszedł do nas w odwiedziny Stefan i powiedział, że szturm odłożono na 17, ale żadnego meldunku nam nie przysłano, a co gorsza — batalion kapitana Niebory zaczął szykować się do ataku.
Podporucznik Gałązka, wielkie chłopisko w panterce, która mu przynieśliśmy, i w przeciwiperytowych portkach, latał i szykował atak.
Więcej niż stu chłopców w bardzo słabym uzbrojeniu; na oko wydawało się, że połowa była uzbrojona tylko w sidolówki i flaszki z benzyną.
Wstałem bardzo zaniepokojony. Żaden z nich nie doleci do celu obstawionego bunkrami, z którego ogień może tworzyć zamkniętą linię.
Idę do Gałązki i mówię mu:
— Czekaj, chłopie, podobno odłożono szturm, najlepszy dowód, że nie ma jeszcze Wacka.
— Mamy rozkaz rozpocząć atak o czternastej i nie było żadnej zmiany tego rozkazu.
— Do diabła, przecież to pewna śmierć, nikt z was nie doleci nawet do połowy drogi.
Kapitan Niebora, któremu meldowałem to samo, nie chciał wysłać gońca z zapytaniem, czy termin szturmu przesunięto.
Za minutę godzina 14.
Idę jeszcze raz do Gałązki i w słowach bardzo wojskowych tłumaczę mu, co o tym myślę. Powiedziałem mu, że nie mam rozkazu strzelania i tylko przez lornetkę będę mógł liczyć ich zwłoki.
Gwizd.
Wysuwa się linią wojsko kapitana Niebory. Na przedzie obok kapitana, choć zgięty, posuwa się podporucznik Gałązka. Jeszcze dwie trzecie chłopców nie wyszło spoza murów, a powietrze zaroiło się od kul nieprzyjacielskich.
Niech to wszyscy diabli wezmą! Gdzie jest Wacek? Żeby w takiej chwili się spóźniać!
— Obsługa, do czołgu! — dałem rozkaz. Rawicz, według omówionego planu, położył ogień.
Wojsko, które pod ogniem nieprzyjaciela już zaczęło się załamywać, jakby otrzymało zastrzyk — ruszyło naprzód.
Pierwszy strzał wywalił narożnik domu, tak że cała obsługa z karabinem wyleciała na ziemię.
Po oddaniu ośmiu strzałów czołg zawraca i bardzo szybko podąża na nowe stanowisko. Po drodze łatwo forsuje bramę Monopolu i barykadę z wagonetek wąskotorowych. Jeszcze przejazd przez pole ostrzału i znów czołg jest na stanowisku.
Trudność polegała na tym, że z czołgu niełatwo obserwować pojawiające się gniazda karabinów maszynowych, które strzelają do nacierających naszych żołnierzy. Przez peryskop nie widać także atakujących, gdyż zwały gruzu getta zupełnie ich zasłaniają.
Szybka decyzja. Musimy wysunąć na przedpole obserwatora i z braku telefonu zrobić łańcuch ludzki powtarzający rozkazy do czołgu.
Rawicz został przy czołgu — ja wypełzłem na przedpole, po uprzednim umówieniu się z porucznikiem Rawiczem co do punktu wyjściowego, od którego należy przenosić ogień.
Położyliśmy ogień po dachach na całym froncie, a następnie obniżaliśmy ogień co piętro. Najniższy celownik pozwalał strzelać do drugiego piętra.
Rawicz przesłał meldunek, że wieża czołgu zacięła się i zmianę celu będzie wykonywał dłużej, ponieważ musi zmieniać położenie lufy całym czołgiem.
W tym czasie Gałązka przysłał łączniczkę Ninę z prośbą, aby położyć ogień w bok od szkoły, gdzie z podwórza Niemcy strzelają na posuwających się chłopców.
Łączniczka Nina, umazana i uśmiechnięta, powiedziała, że bez armaty robota trwałaby pięć minut, a tak może dojdą.
Przez lornetkę widziałem, jak dowódca i Gałązka skakali od załamka do załamka gruzu, a chłopcy tyralierą posuwali się naprzód. Robiliśmy wszystko, co było można. Lufa naszej armaty była gorąca.
Jeszcze sto metrów, jeszcze kilkanaście — a chłopcy dosięgną bunkrów, które wprost buchają ogniem.
Ostrzał się wzmaga, ledwo usiedzieć można, a tu pułkownik Radosław przyczołgał się do mego stanowiska i wziąwszy ode mnie lornetkę spojrzał na przedpole.
— Nie dojdą, będzie zaraz odwrót. Kto panu kazał strzelać? Proszę ułatwić im odwrót i zameldować się u mnie.
Czołg, aby strzelać w bunkry, musiał podnieść tył przez wjechanie na górę gruzu.
Chłopcy mocno się napracowali. Dopiero kiedy wojsko kapitana Niebory wycofało się, zszedłem ze swego punktu.
W momencie gdy porucznik Rawicz podniósł rękę, aby dać ostatni strzał, nadbiegł porucznik Wacek klnąc.
— Kto do cholery kazał ci strzelać?
Powiedział jeszcze dużo więcej...
Usiadłem na kupie gruzów i myślę sobie: „Teraz pokłóciłem się z przyjacielem, za godzinę znów rozmowa z pułkownikiem".
Gdy tak rozmyślałem, przysiadł się do mnie podporucznik Gałązka i rzucając mi się na szyję powiedział:
— Zygmuś, tyś nas uratował!
Rozmowa z pułkownikiem była przyjemna.
Wacek też mnie przeprosił.
Kapitan Niebora otrzymał rozkaz o przesunięciu godziny natarcia — 12 minut po godzinie 14.
Szturm, który miał być wykonany kilkoma kompaniami, wykonała tylko jedna.
Dzięki wsparciu naszego plutonu pancernego uratowaliśmy życie dużej ilości chłopców.

1945



WIKTOR (KADŁUBEK) — Pluton pancerny

SZPITAL ŚW. ZOFII

Najpiękniejszy dzień! Zdobyte „Pantery”
wspierają nasze działania bojowe

(Dzień Warszawy nr 1004 z dnia 4 sierpnia)

Znów pogodny ranek. Nastrój wyraźnie dobry. Łuniewski zaczyna robotę przy silniku. Nie opuszczamy go ani na chwilę. Można powiedzieć, że cały pluton zebrał się tutaj i obserwuje z niepokojem wyniki jego pracy. Tym razem poszło nadspodziewanie szybko. Nie upłynęła godzina i silnik został zapuszczony. Entuzjazm jest kolosalny, wszyscy jednak zachowują się powściągliwie. Przyszedł nawet pułkownik Radosław i ze łzami wzruszenia obserwuje wyjazd naszego drugiego czołgu.
Przed południem rozpoczynamy ostrzeliwanie z obu czołgów dalekich pozycji nieprzyjacielskich. Po niedługim czasie dają znać o sobie niemieckie moździerze. Zaczyna być interesująco.
Koło czołgu, jak spod ziemi, wyrosło kilku zupełnie małych chłopców. Zwracamy im uwagę w ostrym tonie. Nic nie pomaga. Pełni zachwytu wpatrują się w nas i w pantery. Dosłownie żaden z nas nie ma siły wypędzić ich stąd. Huk naszych armat jest piekielny, my musimy, ale jak ci chłopcy mogą w tym wytrzymać?
W gałęziach drzew rozrywa się pocisk. Odłamki pryskają po pancerzu i po ziemi. Jakoś nikt nie jest ranny, aczkolwiek nikt nie kryje się, a kilku stoi poza czołgami. Tylko jednemu z chłopców rozkwita na nodze pod kolanem czerwona plama. Tym razem nabieramy zdecydowania.
— Wynoś się na punkt opatrunkowy! — krzyczy Ryk.
Chłopak opiera się, jak może, i ociąga z odejściem. Trudno w to uwierzyć, że dwunastoletni chłopiec nie chce odejść na opatrunek, aby nie opuścić okazji oglądania czołgów w akcji.
Nieczęsto nasze oba czołgi walczą razem obok siebie. Przeważnie wspieramy natarcia różnych oddziałów i w zupełnie innych miejscach walk.
Rozstajemy się. Koleżeński i zawsze uśmiechnięty Rawicz, zastępca dowódcy plutonu i dowódca drugiego czołgu, przystojny i zawsze elegancki Dąbrowa, Downar, kierowca Tomek i radiostrzelec Pobóg stanowią załogę naszej bratniej pantery.
Jeżeli spotkamy się, to dopiero wieczorem.
W godzinach południowych będziemy atakować Szpital Św. Zofii. Aby ułatwić sobie zadanie, idziemy rozpoznawać teren i obiekt przyszłej akcji.
Jest to czworobok domów mieszczących się między ulicami Gęsią, Żelazną i Leszno, którego załogę stanowi większy oddział wojska. Na dachu jednego z domów powiewa flaga niemiecka — wyraźnie widać wielki, czarny krzyż na czerwonym tle. Widocznie są bardzo dobrze uzbrojeni i zaopatrzeni. Strzelają bardzo obficie, i to przeważnie z cekaemów. Ani nawet wystawić głowy! Na domiar złego, dojazd jest bardzo trudny. Zwały gruzów, murki i przeszkody w postaci częściowo rozwalonych bud. Jak na złość, przeszkody te utrudniają poruszanie się czołgów, lecz nie stanowią wystarczająco dobrej osłony dla dojazdu lub dojścia naszych oddziałów. Można powiedzieć, że przedpole jest otwarte.
Szpital Św. Zofii ma być atakowany z naszej strony przez oddział z batalionu „Zośka" oraz z innych jeszcze stron przez wiele jednostek nawet spoza naszego zgrupowania. Tak jak się orientujemy, ciężar natarcia ma ponosić nasz batalion, którego plutony obsadzają rozwalony obecnie dom Monopolu Tytoniowego przy ulicy Pawiej.
Jest już chyba godzina 10.
Słońce zaczyna przygrzewać. W niektórych miejscach zielenią się skąpe krzaczki, a przy budynkach Szpitala Św. Zofii nawet zupełnie okazałe drzewa. Kto by się jednak zapomniał i zmylony widokiem popatrzył zbyt otwarcie na szpital, natychmiast ostra seria emgie przyprowadzi go do rzeczywistości.
Nareszcie odjeżdżamy. Jak zwykle, kłopot z zapuszczeniem silnika. Psuje to nam humory, patrzymy na zegarki, grozi nam spóźnienie się do natarcia.
Po kilkunastu minutach silnik warczy.
Ostatni rzut oka na wyposażenie. Wiozę ze sobą na wszelki wypadek filipinkę i obronnego milsa. Po chwili wchodzimy w pole ostrzału. Ryk podaje od przodu, że forsujemy przeszkodę. Bardzo silne i raptowne przechyły czołgu, ledwie mogę się utrzymać. Rawicz, który tym razem jedzie nami, trzyma się kurczowo, aby nie uderzyć głową. Bajan, którego czuprynę ledwie widzę gdzieś na wysokości nóg Rawicza, ma zdecydowanie najgorszą pozycję. Wszyscy jeździmy z gołymi głowami lub w miękkich furażerkach, nie dla fasonu, lecz z powodu braku hełmów czołgowych.
Słychać wyraźnie osypujący się po pancerzu gruz i uderzenia pocisków karabinowych. Jesteśmy poza zasięgiem broni przeciwpancernej rakietowej nepla, a liczymy na to, że dział nie mają.
— Zaraz się przekonamy — powiada któryś w najbardziej nieodpowiednim momencie.
Rzeczywiście, wystawiliśmy się jak na pokaz.
Naciskam bezpiecznik armaty. Lufa rzuca się do tyłu. Ładuję ponownie. Jeszcze raz. I jeszcze raz. Przed nami w celu obłoki kurzu i dymu. W kabinie robi się ciemno. Huk działa przeplata się z brzękiem łusek spadających do pudła. Robi się bardzo gorąco. Pot płynie nam wszystkim po twarzach i szyjach. Zdejmujemy, co się tylko da.
Zwiększamy szybkość ognia. Dym zapiera dech, dusi, dostaje się do żołądka, mdli i powoduje zawrót głowy.
Spojrzenia przez peryskop wprowadzają w inny świat. Rozpalone słońcem gruzy i powietrze, czyste powietrze, którego jest pod dostatkiem.
Łyk wody z manierki. Spada rura z pudła na łuski, służąca do odprowadzania dymu. Nie mam czasu umocować jej w sposób właściwy. Pogarsza to jeszcze sytuację. Strzelamy między okna i pod parapet na zmianę z pocisków rozpryskowych i przeciwpancernych. Efekt jest tylko częściowy. Broń maszynowa Niemców bije nadal, aczkolwiek w zmniejszonym nasileniu. Podjeżdżamy tuż do stanowisk niemieckich. Nasze oddziały podeszły już bardzo blisko. lecz wyczuwa się od razu. że do szturmu jeszcze daleko. Widocznie natarcie z innych kierunków nie robi postępów.
Przychodzi rozkaz dalszego nieprzerwanego prowadzenia ognia. Z niewielkiej odległości strzelamy w stanowiska oraz przypuszczalne miejsca pobytu Niemców. Zupełnie wyraźnie widać błyski na dachu. Znów kilkanaście pocisków wystrzelonych w szybkim tempie. Z dachu wyrastają dziwnego kształtu figury złożone z dymu, kurzu, i odłamków drewna, cegieł i żelaza. Trudno oderwać oczy od peryskopu.
Magazyny amunicji robią się coraz bardziej puste. Głosy marny zachrypnięte i zamęt w głowach. Ręce bolą od poparzeń o gorące łuski, które zbierają się na wierzchu przepełnionego pudła i wypuszczają z siebie gęste kłęby dymu. Mowy nie ma o dotknięciu ich gołą ręką.
Na szczęście, natarcie zostaje przerwane. Wycofujemy się do tyłu j i na odpoczynek zatrzymujemy się przy domu Monopolu na Pawiej. Wszystkim poprawiają się humory. Śpiewamy, pijemy wodę, gawędzimy. Zaczyna się opowiadanie kawałów, przygód prawdziwych i nieprawdopodobnych.
Nad nami długie sznury świetlnych pocisków przelatują i z trzaskiem uderzają o ścianę. Sypie się tynk i odpryski cegieł. Z wytężeniem obserwujemy stanowisko tego cekaemu. Bardzo trudno jest ustalić jego miejsce.
Po pół godziny — druga część natarcia. Podjeżdżamy tuż pod same pozycje niemieckie. Zaczyna być niebezpiecznie. Teraz widać wyraźnie stanowisko niemieckiego emgie. Ukryty w zieleni balkon bluzga co pewien czas serią cekaemu. Ale mają amunicji! Prawie bez przerwy prowadzą ogień — potrzeba czy też nie. Ponosi nas nieco emocja. Aby tylko nie spłoszyć ich kierowaniem lufy. Strzały Bajana są absolutnie pewne. Naciskam bezpiecznik i prawie przylegam do peryskopu. Jest! Strzał z boku w nasadę balkonu. Wydajemy wszyscy okrzyk radości i zachwytu. Balkon wraz z mieszaniną blach i gruzu wyleciał w powietrze i zwalił się w dół. Znaczące się w powietrzu serie pocisków urywają się gwałtownie.
Nagle odczuwam coś nienormalnego w pracy czołgu, choć przez chwilę nie potrafię określić, co to jest. Wyjaśnia się natychmiast! Zgasł silnik. Tu, kilkadziesiąt metrów od Niemców! W czołgu zalega cisza. Ryk odzywa się poważnie:
— Przeżegnaj się!
Siedzi tam w przodzie niewidzialny dla nas, ale wydaje mi się, że patrzę mu w twarz. Skupienie kierowcy udziela się nam wszystkim. Jęk rozrusznika. Kilkadziesiąt sekund oczekiwania... i ryk motoru. Każdy na swój sposób wyraża przekonanie o naszym szczęściu. Jordan, który jest amunicyjnym, promienieje z zadowolenia.
Dalsza godzina natarcia nie przynosi rezultatów. Odczuwamy kolosalne zmęczenie. Na domiar złego zacina nam się wieża. Próby nie dają wyników. Rozkaz jest jednak wyraźny — kontynuować akcję. Ryk naprowadza całym czołgiem lufę działa na cel. Bajan czerwony jest jak burak. Włosy opadły mu na czoło, lecz powtarza uparcie:
— Jeszcze trochę, w lewo, w lewo!
I tak dobrze, że nie trzeba włączać biegów dla obracania czołgiem w miejscu.
Jest już zmrok, gdy zjeżdżamy po akcji do bazy. Ponad sześćdziesiąt wystrzelonych pocisków z naszej armaty w czasie wielogodzinnej akcji.
Rawicz melduje załogę po akcji.
Lufa działa jest jeszcze gorąca, nie można utrzymać na niej ręki. Wyznaczeni do tego szturmowcy przygotowują się do czyszczenia czołgu i armaty.

1946



BORUTA — Kompania „Rudy", pluton „Alek"

NA GRUZACH GETTA

4 s i e r p n i a
2.00 - ...Noc na ogół przeszła spokojnie....
Doszło do utarczek na ul. Gęsiej.
Po krótkiej wymianie strzałów poddało się 2-ch
Niemców... Według relacji w ruinach jest jeszcze 18.
( Dziennik bojowy zgrupowania „Radosław”)

Te pieruńskie gruzy już się nam zupełnie znudziły. Siedzimy w nich już parę dni. Prowadzimy żywot raczej garnizonowy niż polowy. Punktualnie o ósmej rano cały pluton zbiera się na wspólną modlitwę, zostawiając na linii tylko obserwatora. Obiad spożywamy zupełnie jak w warunkach pokojowych. Cały pluton zbiera się i maszeruje ze śpiewem do stołówki. Tam nasze panny podają nam doskonały obiad z kompotem i słodzoną herbatą na deser. Krzątają się koło nas cały dzień. Po obiedzie obowiązkowy wypoczynek, ale żeby się nam nie nudziło, siadamy na ziemi i słuchamy wykładów z nauki o broni. Uczymy się także jeździć na motocyklu.
Kiedy rozkazem komendanta głównego AK zarządzono częściową demobilizację oddziałów słabo albo wcale nie uzbrojonych. Kołczan na jednym z porannych przeglądów stanął przed dwuszeregiem plutonu i uśmiechając się powiedział:
— Kto chce być zwolniony do domu — wystąp!
Dwuszereg zatrząsł się ze śmiechu. Kołczan przebiegł wzrokiem po naszych tak dobrze mu znanych twarzach i nic nie powiedział. Wiedział przecież, jaką odpowiedź może otrzymać od tych, z którymi walczył już razem w dywersji.
Stoję przy punkcie kontrolnym w bramie od ulicy Gęsiej zatrzymując wszystkie auta. Nade mną ogromna tablica z napisem — „Kompania »Rudy«, pluton »Alek«” — wskazuje również miejsce
kwatery dowódcy kompanii. Przyjeżdża auto kapitana Jana i zatrzymuje się w bramie. Tuż za nim wyjeżdża szybko zza muru ciężarówka i uderza błotnikiem w tył auta kapitana. Podchodzę do szoferki i zaczynam besztać kierowcę. Zza szyby śmieje się do mnie twarz Vogiela. Przez okno wystaje lufa tomsona. Zaglądam. To Tomek. Siedzi w hełmie. Na platformie Słoń, Jodła i Argos. Jadą na Stawki po mundury.
Za chwilę Okopową roześmiani harcerze prowadzą kilkudziesięciu wylęknionych szkopów. Cieszy nas ten widok. Zupełnie inaczej wygląda Niemiec z bronią niż bez. Przed nami defiluje teraz kilkudziesięciu dziadów niosących jakieś węzełki. To już nie wczorajsi przedstawiciele herrenvolku. Komendę nad nimi obejmuje Kołczan. Zwracam się do niego:
— Słuchaj, oni mają celty namiotowe, a my mamy moknąć?
Kołczan zmrużył oczy i ryknął nieludzkim głosem:
— Zdejmować celty!
Niemcy wykonali polecenie potulnie i szybko. Teraz przynajmniej deszcz nie będzie się nam lał za kołnierze.
Sosna rozpoczyna rozmowę ze szkopami. Pyta ich po niemiecku, czy słyszeli coś o Oświęcimiu, Dachau, Oranienburgu, Majdanku... Odpowiadają zgodnym chórem:
— Nein, nein !Das alles SS gemacht, SS kaputt, Hitler kaputt.
Do Maryśki podchodzi jakiś feldfebel i pyta, co z nimi zrobimy. Maryśka, śmiejąc się, życzliwie informuje:
— Nic, nic... Po załatwieniu niezbędnych formalności pójdziecie tam, skądeście wyszli — do piachu.
Niemiec odszedł z kwaśną miną.
Takie i podobne rozmowy trwały kilka godzin. Niemcy trzęśli się z zimna i strachu. Wobec tego Kołczan dał każdemu po butelce wina. Wzbraniali się z początku pić. Oceniali nas zapewne według siebie. Dla zachęty Sosna wypił sam kilka łyków. Dopiero wtedy nabrali śmiałości i nie mogli się nadziwić, że ich częstujemy. Wiedzieli dobrze, że gdyby sytuacja była odwrotna, sami by nas czym innym poczęstowali...
Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem śmierci Ćwika. Zginął stojąc na posterunku przy barykadzie na Gęsiej od eksplozji przypadkowego pocisku artyleryjskiego. Kiedy zbiegliśmy z wieżyczki obserwacyjnej na Gęsiówce — już nie żył.
Wieczorem siedzimy znów na gruzach. Przy barykadzie — Andrzej Morro. Nasza drużyna rozciągnięta jest w prawo od Gęsiej aż do Pawiej. Chłopcy są zmęczeni i łatwo zasypiają. Żeby się nie dać zaskoczyć, chodzimy z Sosną i sprawdzamy czujność. Kiedy przechodzimy obok barykady na Gęsiej, Kołczan pyta nas:
— Czy nie widzieliście Długiego, był tutaj na gruzach.
Rozchodzimy się na poszukiwania. Po chwili Morro krzyczy:
— Jest, jest. pomóżcie mi!
Biegniemy. Andrzej Morro podtrzymuje bezwładne ciało. Cała głowa zbroczona krwią. Jest nieprzytomny. Wynosimy go do auta i Andrzej Morro odwozi go już konającego do ambulatorium [pomyłka w kolejności zdarzeń – Długi poległ dwa dni przed Ćwikiem].
Po przedpolu nocami kręcą się Niemcy. Od strony wieżyczki, którą obsadza dziś pierwsza drużyna, słychać głos Maryśki:
— Chodźcie bliżej, sukinsyny, chodźcie!
Z gruzów przedpola odpowiadają:
— Heil Heimat, heil Heimat!
Z wieżyczki pada snop światła reflektora, który oświeca kilkunastu wylęknionych szkopów. Stoją trzymając ręce do góry. Nagle z wieżyczki rozlega się krótka seria z erkaemu. Niemcy przerażeni odskakują w bok. poza strefę światła. Na próżno próbujemy ich znów odnaleźć, znikli jak kamfora. Maryśka pieni się ze złości.
— Co za pokraka strzela! W tyłek sobie strzelaj, ośle dardanelski! Kilkunastu ptaszków nam przez to zwiało!
Idziemy z Sosną dalej sprawdzać ubezpieczenie. Koło muru, poza linią naszego ubezpieczenia, spostrzegamy skuloną postać. Na nasz widok zrywa się i pada do nóg Sosny. Spoglądamy zaskoczeni i zdziwieni. Sosna rozmawia z Niemcem, a ja tymczasem zdejmuję z niego pas. Na pasie — śliczna czarna kabura z parabelką. Ziściło się moje dawne marzenie. Przypinam sobie pistolet do pasa. Tymczasem Niemiec po krótkiej rozmowie odchodzi trochę dalej i wola w kierunku gruzów:
— Franz, komm her!
Franz nie daje na siebie długo czekać. Już po chwili słyszymy kroki i ukazuje się sylwetka drugiego Niemca. Przyszli dobrowolnie.
— Ale nasze ubezpieczenie czuwa! — klnie Sosna.
Prowadzimy Niemców do Andrzeja Morro, który jest już z powrotem koło barykady. Po drodze proszą o łyk wody, bo nie pili nic przez trzy dni. Mówią, że esesmani siedzący w bunkrach nie chcieli im jej dać. Podajemy im manierkę z winem...
Andrzej Morro pyta, czy nie mieli więcej broni. Odpowiadają, że jest ukryta niedaleko w gruzach. Za kilka minut stan naszej broni znacznie się powiększył.
Tak dzień po dniu płynie na naszych gruzach. Ale czas mija, walka trwa, straty w ludziach, a bunkry Gęsiówki i Pawiak pozostają nie zdobyte...
Wieczorem, po powrocie z jeszcze jednego nieudanego natarcia na bunkry Gęsiówki, Kołczan ustawia pluton w dwuszeregu. Obok staje „Sad”. Po krótkiej żołnierskiej modlitwie Kołczan staje przed frontem.
— Zastępcą dowódcy plutonu mianuję podchorążego Maryśkę. Potem marszczy brwi i wolno mówi dobrze nam już znane z czasów konspiracji i dywersji słowa:
— W walce z niemieckim najeźdźcą polegli następujący harcerze plutonu ,,Alek”: podchorąży Długi, odznaczony Krzyżem Walecznych, łączniczka Hanka, odznaczona Krzyżem Walecznych, sanitariuszka Dorota, odznaczona Krzyżem Walecznych, starszy strzelec Ćwik. Pamięć ich uczcimy minutą milczenia. Baczność.

1945



JERZY — Dowództwo baonu

ZDOBYCIE GĘSIÓWKI

W dniu 5 sierpnia około godziny 2 po
południu natarcie nasze na obszar
dawnego getta doprowadziło do uwolnienia
z obozu karnego niemieckiego
około 350 Żydów....Wyzwoleni zgotowali
burzliwą owację wdzięczności
swym wybawcom - żołnierzom polskim.

(Biuletyn Informacyjny nr 43 — 250 z dnia 6 sierpnia)

Od komendanta politycznego Gęsiówki, którego dostaliśmy w ręce w pierwszym dniu Powstania, wiemy, że w obozie są tylko Żydzi, niedobitki żydowskiego powstania i różnego rodzaju specjaliści ściągnięci z różnych punktów Europy.
Uwolnienie ich i otwarcie drogi na Stare Miasto — oto główne zadania dzisiejszego natarcia.
Najpierw sami z Piotrem i Janem robimy rozpoznanie terenu, wyznaczając miejsca poszczególnym drużynom i układając plan, w którym nasza pantera ma odegrać pierwszorzędną role. Robimy odprawę dowódców plutonów, które mają wziąć udział w natarciu. Zasadnicze zadanie wykona kompania „Rudy” i częściowo Giewonta. Reszta obsadzi teren cmentarza żydowskiego, ulicę Spokojną, i ubezpieczy nas od Powązek, a równocześnie da odwód drugiemu plutonowi.
Zadanie jest dość skomplikowane. Już obsadzenie stanowisk wokół Gęsiówki i w ruinach getta nastręcza poważne trudności. Pomoc pantery polegać będzie na oddaniu pojedynczych strzałów do każdej wieżyczki i bunkra, co ma ułatwić wtargnięcie chłopców do wnętrza „bocianów" i, co za tym idzie, na teren samej Gęsiówki.
Bardzo starannie wyznaczamy trasę posuwania się czołgu, ustalamy kolejność, w jakiej wieżyczki mają być ostrzelane, określamy czas natarcia dla poszczególnych sekcji i sposób wzajemnego ubezpieczenia się.
Czoło natarcia będzie stanowi! czołg, który zburzy dwie barykady na drodze do wielkiej żelaznej bramy, zamykającej obóz. Odda kolejne strzały do dwu narożnych i dwu środkowych wieżyczek, a następnie wykonawszy pół obrotu rozbije uderzeniem bramę, po czym stojąc w niej ma razić ogniem następne wieżyczki i bunkry według kolejności z góry ustalonej.
Lewym skrzydłem dowodzić ma Kuba, prawym Giewont, ja z Piotrem będziemy na wysokości pantery, by mieć jak najlepszy wgląd w całość terenu. Padają pytania i odpowiedzi. Kilka szczegółów wywołuje gorętszą dyskusję. Wreszcie regulujemy zegarki i „do oddziałów”.
Pogoda jest piękna, słońce oblewa zgliszcza i zwaliska gruzów jaskrawym blaskiem, cienie „bocianów” kładą się na ziemię wyraźnymi plamami, getto świeci czerwienią rozbitych murów, jakby chciało zrobić konkurencję krwawej czerwieni pożarów, okalających szerokim łukiem Wolę. Kłęby gęstych czarnych dymów przewalają się nad horyzontem i raz po raz przesłaniają słońce rudą plamą.
Dobiega echo dalekich, to znów bliższych detonacji. Warkot motorów przelatujących sztukasów przyciąga nasze spojrzenia ku zachodowi, skąd płynie wzmagający się szybko odgłos silników, który po chwili roztapia się w huku bomb, lecących na domy Woli. Słupy ogni i dymu rozrywają czarny od dymów i czerwony od płomieni pierścień horyzontu, ziemia drży, przynosząc odgłosy silnych wybuchów. Wskazówki zegarka przesuwają się dziwnie powoli, a uczucie oczekiwania napina nerwy do ostatnich granic.
Wreszcie — pusta pozornie przestrzeń wielkiego rumowiska, jakie stanowi teren dawnego getta — ożywa. Ze stanowiska, na którym stoimy z Piotrem i Andrzejem Morro, widać przesunięcia, jakie wykonują poszczególne oddziały dążąc na podstawy wyjściowe do natarcia. Oto ktoś przebiega pośpiesznie, wykorzystując osłonę muru, ktoś inny pełznie powoli, co chwila zapadając w rozpadliny.
Podnoszę do oczu lornetkę i stwierdzam, że ,,bociany” wartownicze nie zdradzają, by to, co się dzieje na rumowisku, zwróciło ich uwagę. Muszę przyznać, że nam, którzy wiemy, co się dzieje na przedpolu, ruch. jaki się odbywa w ruinach, wydaje się zanadto widoczny, mimo iż rudo-plamiste „panterki”, w jakie są chłopcy ubrani, znakomicie zlewają się z czerwonym tłem rumowiska. Dzielę się swoimi uwagami na ten temat z Piotrem i Janem, który nie wytrzyma! i przyszedł wraz z adiutantem, by wziąć udział w zamierzonej akcji.
Panuje całkowita cisza. Wieże milczą, jedynie dalekie echo, gdzieś z cmentarza Powązkowskiego, przynosi odgłos chaotycznej strzelaniny, która dowodzi, że na obwodzie naszych pozycji rozgrywa się normalna rozmowa broni maszynowej. Łatwo odróżniamy nasze kaemy od kaemów przeciwnika, bo choć jedna i druga strona używa tej samej broni, to serie przeciwnika są długie i dowodzą bogactwa amunicji, podczas gdy nasze są jak szczeknięcia złego psa — krótkie i zjadliwe.
Spoglądam na zegarek. Zbliża się godzina dziesiąta. Spokój, panujący od pewnej chwili w ruinach, zostaje zakłócony warkotem motoru naszej pantery, która powoli i majestatycznie rusza sprzed twierdzy, by za chwilę ukazać się w szeroko otwartej bramie getta. Znów spoglądam na wieże. Dopiero teraz dostrzegam ruch w ich wnętrzu. W pobliżu zaszczekał nasz karabin maszynowy, odpowiedziały mu długie serie z kilku wież naraz.
Wielka i potężna barykada, która oddziela nasze pozycje na Gęsiej od ziemi niczyjej, rozciągającej się między murem Gęsiówki a nami, okazała się bardzo łatwa dla naszej pantery, która przetoczyła się po niej jak po śmietnisku żelaznych odpadków i jedynie do łoskotu motorów i jazgotu karabinów maszynowych dołączył się hałas miażdżonego muru, trzask łamanych desek i szyn żelaznych. Pantera jest już na wysokości drugiej barykady, którą bierze równie łatwo, jak i poprzednią. Huk karabinów maszynowych milknie na chwilę, jakby Niemcy zdetonowani pojawieniem się niespodziewanego prawdopodobnie przeciwnika zastanawiali się, co dalej robić. Przerwa to krótka jednak i już nasz czołg znajduje się we wściekłym ogniu kaemów.
Przebiegamy teraz z Piotrem i Janem pustą przestrzeń, dzielącą nas od długiego budynku stolarni. Wpadamy do niej, by pod osłoną muru posunąć się jak najbliżej muru Gęsiówki. Biegnę długą halą maszyn, omijając okna w niskim skłonie. Przeciągle gwizdy pocisków i wściekły jazgot rykoszetów, odbitych od maszyn, wypełniają halę innym wprawdzie od stuku motorów hałasem, a mimo to ma się wrażenie, jakby spokojna, nieczynna fabryka ruszyła nagle, by rozpocząć dziwną jakąś produkcję. Piotr zwraca mi krzykiem uwagę, bym zanadto głowy nie wystawiał, i pochyleni biegniemy dalej. Za chwilę dopadamy szczytowej ściany budynku, której okna wychodzą naprzeciw narożnej Gęsiówki. Starannie wykorzystując przesłonę muru spoglądamy na panterę, która w tym momencie właśnie oddaje pierwszy strzał. Huk działa łączy się niemal z okrzykiem „hura”, z jakim chłopcy Kuby dopadają pierwszej wieży. Drugi strzał.
„Nasza” wieża otacza się kłębem pyłu i dymu. Nie czekając długo, wyskakujemy wraz z Piotrem i biegniemy do otwartych szeroko drzwi garażu, który przylega do wieży. Granat rzucony do środka zabezpiecza nas przed ewentualną niespodzianką i już jesteśmy wewnątrz wraz z kilkoma chłopcami, którzy przeskoczyli tu razem z nami. Pantera powoli odwraca swą wieżyczkę. Po chwili znowu dwa huki — jeden po drugim — wstrząsają powietrzem, a okrzyki, trzask granatów i serie peemów dowodzą, że i inne drużyny wykonują swe zadania.
Ruchem ręki i krzykiem staram się wskazać naszym czołgistom żelazną bramę, na której sforsowanie przyszła kolej, i — choć wątpię, czy dosłyszeli mój krzyk — czołg rusza, by za chwilę zdruzgotać swym ciężarem potężną przeszkodę, która drze się jak papier i wyskakuje z zawiasów, otwierając drogę do serca obozu.
W tym samym czasie chłopcy usiłują po drzwiach garażu dostać się na dach, skąd oknem wtargnąć można do wieży. Piotr z kilkoma ludźmi trzymają uchylone drzwi garażu, ja po zawiasach zamku i szprosach wdzieram się na dach i przywieram na nim plackiem. Obok mnie zjawia się Krzysztof i teraz razem pełzniemy w kierunku okna wieży, w którym przewieszony przez karabin maszynowy zwisa martwy czy też ranny Niemiec. Wieża rozbrzmiewa jakimś stukotem, który milknie po wrzuceniu do wnętrza granatu. Wskakujemy przez okno po plecach leżącego Niemca. W kącie na podłodze widzimy drugiego — w agonii. Podczas gdy Krzysztof nachyla się nad nim by zabrać na wszelki wypadek broń ja usiłuję dostrzec przez lornetkę, co się dzieje na innych wieżach.
Jedna, skrajna, płonie, na innych poznaję naszych chłopców. Pantera wolno i systematycznie przenosi ogień swego działa z jednej wieży na drugą według ustalonego z góry schematu, a precyzja, z jaką pociski padają, budzi we mnie uczucie prawdziwej dumy. Strzał, kłęby kurzu i dymu i pojedyncze postacie biegnących chłopców — oto widok, który powtarza się z dokładnością maszyny.
Nagle w szkłach lornetki dostrzegam coś, co w tej uregulowanej pozornie grze jest niebezpiecznym zgrzytem. Oto z jednej z wież wyskakują Niemcy. Jeden roluje ścigany bryzgami naszego kaemu. Jeszcze nie padł strzał z działa, a już widzę chłopców Kuby, jak wpadają do wieży. O, gdybym mógł ich powstrzymać! Nowy huk wstrząsa powietrzem i wieża otacza się chmurą pyłu, z którego powoli wynurzają się postacie żołnierzy. Jednego prowadzą pod ręce dwaj koledzy. Pcham gońca w ich kierunku, a sam, choć obawiam się tam poważniejszych jakichś strat, przenoszę wzrok na inne wieże, które są w tej chwili celem dla naszego czołgu. Pantera stoi w bramie i razi ogniem bunkier, znajdujący się naprzeciw.
Dostrzegam Jana. Pod osłoną czołgu podbiega i wykrzykuje coś do Wacka, którego twarz wychyla się przez klapę. Czarny Karol, Laudański i inni przebiegają z elkaemem, by zająć nowe pozycje za przesłoną wału z kamieni, już wewnątrz Gęsiówki, kilkanaście metrów przed czołgiem.
Zbiegam schodami na dół, by za chwilę znaleźć się u stóp wieży, za murem. Po chwili Piotr, drogą utorowaną przez czołg, przebiega bramę, aby zapaść w jakiś rów znajdujący się przed nami.
Teraz już wyraźnie widzimy, jak z budynków i wież pryskają Niemcy bezładnymi grupkami, uciekając w kierunku Starówki. Ścigają ich serie naszych kaemów, a wieża, którą przed chwilą opuściłem, rozbrzmiewa warkotem zdobycznego elkaemu. Coraz częściej widać przebiegających chłopaków, którzy podciągają broń maszynową ku przodowi, na wysokość pierwszych baraków. Dziwi nas zupełny brak jakiegoś ruchu w pustych zda się budynkach. Do tej pory wszystko odbywa się jak w zegarku. Strzelanina milknie powoli. Ogień działa również, pantera posuwa się w kierunku pierwszego z rzędu baraku. Żelazny kolos przetacza się koło nas, by za chwilę stanąć jak zamurowany, gdyż widok, który otworzył się przed naszymi oczami, był co najmniej dziwny. Dotychczas niepokoiła nas nieobecność ludzi na terenie, w który wtargnęliśmy. Teraz drzwi baraków rozwarły się pod naporem i zaroiło się od pasiastych postaci. Biegną z niebywałym krzykiem i wymachiwaniem rąk, odgradzając nas tym samym, jakby żywym murem, od uciekających Niemców. Kaemy nasze musiały zamilknąć, co Niemcy wykorzystali uciekając długimi susami w kierunku Starego Miasta.
Przez moment poczułem, jak gardło moje ściska skurcz radości, że zdążyliśmy na czas, bo obawialiśmy się, że Niemcy zlikwidują więźniów przed naszym przybyciem. Ale gdy poczułem się nagle uwięziony przez masę cisnących się do mnie „haftlingów”, usiłujących w różnych językach wyrazić swoją wdzięczność i radość z uwolnienia, zdałem sobie sprawę z trudności położenia i ostro nakazałem wszystkim kierować się do dużego murowanego garażu. Tłum wykonał ten rozkaz i nasze kaemy mogły zacząć swą przerwaną muzykę.
Od lewego skrzydła, ubezpieczani przez czołg i sąsiadów, zaczęli chłopcy penetrować baraki. Posunęliśmy się do przodu, jedynie Pomian został z uwolnionymi. Do budynku zarządu wpadł Giewont z jednym ze swych plutonów, my z Janem i adiutantem wbiegliśmy za nim.
Widok, który ukazał się naszym oczom, był widocznym znakiem całkowitego zaskoczenia, jakim był dla Niemców nasz atak. W dużej, pięknymi meblami (aczkolwiek niegustownie) umeblowanej sali, stał długi stół, nakryty białym obrusem, a na nim dymiąca jeszcze zupa, wina i wódki. Jedynie powywracane krzesła dowodziły, że uczta została przerwana niespodziewanie, a biesiadnikom bardzo było spieszno opuścić piękną salę. Wielki, antyczny zegar w kącie sali poważnie wydzwaniał jedenastą. Sypnęły się dowcipy, a Giewont wypchnąwszy część ludzi na ubezpieczenie zaczął celebrować rozpoczętą ucztę. Wesołość i radość powiększała się w miarę, jak przybywali wciąż nowi koledzy przynosząc broń, granaty, amunicję — tak cenne dla nas zdobycze.
Opuściłem rozbawione towarzystwo nakazując Giewontowi zaciągnąć konieczne ubezpieczenie oraz patrolami przetrząsnąć teren całej Gęsiówki i udałem się wraz z Janem do uwolnionych.
Natychmiast otoczyła nas zwarta ciżba rozpromienionych postaci. Posypały się błogosławieństwa, ktoś usiłował ucałować mi rękę, co wprawiło mnie w najwyższe zakłopotanie. Zaraz też rozpoczęły się chóralne niemal prośby: „Dajcie nam broń. dajcie mundury, chcemy walczyć”. Górowały głosy polskie. Ten i ów podawał swoje nazwisko. Wielu było obrońcami getta.
Patrzyłem na ich twarze rozradowane, a myśl moja wybiegła do tych strasznych chwil, kiedy w obliczu tragedii, jaką przeżywali w oblężonym gettcie, czuliśmy całą swą bezsilność. Oddział był wtedy „na dorobku”. Mieliśmy zaledwie kilka stenów, jakiś elkaem zdobyty za cenę życia naszych kolegów. Wszystko, co mogliśmy zrobić, to oddać tę broń, jak nakazywał rozkaz Grota, bohaterskim obrońcom getta. Pamiętam odprawę, na której zakomunikowałem chłopcom ten rozkaz. Wiedziałem, że trudno im będzie rozstać się z bronią, z takim trudem zdobytą, ale nie odezwał się żaden głos protestu. Jedynie nieśmiała propozycja: „Czy nie moglibyśmy z tym, co nam zostanie, spróbować zlikwidować przynajmniej jedną placówkę niemiecką?”
Akcja odbywała się wówczas zaledwie o kilkaset kroków od tego miejsca, w którym znajdowaliśmy się obecnie.
Poleciłem kilku energiczniejszym uformować z uwolnionych jakąś względnie porządną kolumnę i zaprowadzić ich do twierdzy, gdzie Fil, nieoceniony kwatermistrz, miał zająć się nakarmieniem i umundurowaniem uwolnionych.
Sam udałem się do pułkownika Radosława, by mu zameldować, że „zadanie wykonane, więźniowie uwolnieni”, i prosić go o zezwolenie na zatrzymanie tych, którzy wyrażą chęć walki w moim oddziale, oraz o dyspozycje dla pozostałych.
Uścisk dłoni pułkownika i krótkie „dziękuję” było aż nadto wymowne, a zgoda na zaciąg i umundurowanie przyjęta została przez uwolnionych z najwyższym entuzjazmem.
Z jakim gorączkowym pośpiechem zrzucali oni swe pasiaki, by ubrać się w mundury, które do niedawna mieli prawo nosić jedynie ich prześladowcy! Ile radości promieniało z twarzy tych, którym tylekroć śmierć zaglądała w oczy!
Zygmunt i Wacek dobierali mechaników do obsługi czołgów i samochodów. Fil poszukiwał kucharzy. Zgłaszali się krawcy, szewcy i fryzjerzy. Każdy chciałby walczyć w oddziale, który ich uwolnił, i widziałem pewien zawód w oczach tych, których musiałem przekazać innym oddziałom.
Całe to targowisko odbywało się w atmosferze wielkiej radości, gdyż natarcie na Gęsiówkę, poza zwolnieniem Żydów, przyniosło moc broni i amunicji. Maskarada, która się odbywała na podwórzu twierdzy, dawała powód do ogólnej wesołości. Z magazynu Fila coraz to wynurzał się jakiś amator dziwnego nakrycia głowy, jakim bez wątpienia był pokrowiec od hełmu, lub delikwent ubrany w mundur o wiele nań za duży lub za mały. Trzask rozrywających się w podwórzu pocisków z moździerza przerwał ogólną wesołość i wszyscy schronili się do budynków.
Grupka sanitariuszy schodziła powoli, niosąc rannego, niedawnego „haftlinga”, obecnie żołnierza.

1946

>>Zdobycie rozległego i silnie umocnionego terenu Gęsiówki było największą udaną akcją zaczepną „Zośki". Dokonano tego siłami trzech niepełnych plutonów wspartych czołgiem. Prawdopodobnie była to i największa z zakończonych powodzeniem polskich akcji ofensywnych w czasie Powstania Warszawskiego<<
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group